Moje podsumowanie 41. Jesieni na Pałukach. Opis i zdjęcia.

Dzisiaj mijają dwa tygodnie od zakończenia tegorocznej 41. Jesieni na Pałukach, która rok w rok odbywa się w Żninie w obrębie baszty i uliczek prowadzących na rynek. Fotokolekcja miała zaszczyt po raz trzeci z rzędu pojawić się ze swoim stoiskiem i wystawić małą część swojej kolekcji. Najważniejsze, że pogoda dopisała, było ciepło i słonecznie. Na dwóch poprzednich edycjach Jesieni na Pałukach aura była fatalna, było zimno, wietrznie i niestety deszczowo. Podczas tegorocznego jarmarku wystawiłem 25 aparatów fotograficznych, a wśród nich ogromny studyjny aparat GLOBICA (format 18 x 24 cm) wyprodukowany dokładnie w maju 1972 roku. Aparat ten nabyłem zimą 2015 roku w opłakanym stanie, praktycznie żadnego pokrętła nie szło ruszyć. GLOBICA przeszła gruntowną (amatorską) renowację, którą wykonałem wspólnie z moim tatą. Więcej na temat tego aparatu i jego renowacji przedstawię już niedługo w oddzielnym wpisie.

Tak jak co roku podczas tej pięknej imprezy ludowej spotałem wiele ciekawych osób. Z tych wielu wybrałem dwie, które zapadły mi w pamięci najbardziej. Jedną z tych osób był starszy, bardzo miły Pan (w wieku około 75 – 80 lat). Był zafascynowany każdym z aparatów, co nie zawsze się zdarza. Jednak jego uwaga skupiona była głównie na obiektywie od wielkoformatowej GLOBICI, czyli na popularnym ale i bardzo cenionym TESSARZE 4,5/250 mm. W trakcie rozmowy ten starszy Pan opowiadał jak wykonywał zdjęcia w młodości i jak sam je wywoływał – chyba te aparaty i ta wystawa przypomniały mu dawne i piękne czasy. Drugą osobą, która zapadła mi w pamięci, i która pewnie na zawsze w mej pamięci będzie to niewidoma dziewczynka, która była na Jesieni na Pałukach wspólnie z mamą (notabene są to moje sąsiadki). Nie mam kompletnie doświadczenia z osobami niewidomymi bądź słabowidzącymi ale wydaję mi się, że dość dobrze tłumaczyłem Weronice co w danej chwili dotyka i do czego to służy. Powiem szczerze, że sprawiało mi to przyjemność, że być może dzięki mnie Weronika dowie się czegoś nowego i dotknie czegoś czego nigdy nie miała okazji dotykać, bo jak wiadomo w muzeach jest zakaz dotykania eksponatów (na szczęście już powoli się to zmienia). Co ciekawe sąsiadki nie miały pojęcia, że jestem kolekcjonerem starych aparatów fotograficznych, więc wystawa spełnia swoją rolę – chęć „rozreklamowania” mojej „kolekcjonerskiej działalności”.

Pod koniec jarmarku, czyli około godziny 16:00 w końcu wyrwałem się ze swojego stoiska i poszedłem obejrzeć co do zaoferowania mają rękodzielnicy ludowi. Jak się okazało było co oglądać i podziwiać. Rzeźby, obrazy, haftowane obrusy, własne wyroby mięsne i wiele, wiele innych pięknych i smacznych rzeczy można było oglądać i oglądać bez końca. Ludzie, którzy zajmują się takim rękodziełem to po prostu wielcy artyści, a niestety takich osób jest coraz mniej, więc tym bardziej warto odwiedzać co roku Jesień na Pałukach. Zapraszam za rok!

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

41. Jesień na Pałukach – Jarmark Sztuki Ludowej. Fotokolekcja po raz trzeci wystawi swoją kolekcję aparatów! Będzie duuuuuża niespodzianka…

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Aparat SOHO MYNA ALL DISTANCE – brytyjski elegant!

Od zawsze fascynują mnie małe, nieznane, ale ciekawe przedsiębiorstwa związane z fotografią. Tym razem przybliżę troszkę aparat brytyjskiej firmy SOHO LTD. z Londynu produkującej aparaty fotograficzne (przy współpracy m.in. z firmą Kershaw z Leeds) od 1929 do 1947 roku, a więc bardzo krótko porównując działalność tej firmy do innych marek takich jak np. Voigtlander czy Kodak, które mają tradycje fotograficzne sięgające właściwie setek lat. Londyńska fabryka wypuściła na rynek około 11 różnych modeli aparatów w tym wiele ciekawych perełek kolekcjonerskich, takich jak np. SOHO REFLEX (lustrzany aparat wielkofomatowy) lub SOHO PILOT.

W roku 1937 firma SOHO LTD. zaczęła sprzedawać średnioformatowe apraraty (format zdjęć 6×9 cm) SOHO MYNA ALL DISTANCE, które wyszły na rynek w dwóch wersjach: SOHO MYNA ALL DISTANCE (ja posiadam właśnie ten model) i SOHO MYNA ALL DISTANCE MODEL SK12. Obie wersje aparatu były niesamowicie prostymi konstrukcjami. Różnice między modelami polegały na różnych płytkach obiektywowych oraz na wyciągu miechów. W modelu SK12 miech wysuwał się równocześnie z otwieraną klapką aparatu i był troszeczkę inaczej skonstruowany, a w podstawowym modelu ALL DISTANCE fotografujący musiał samodzielnie wysunąć miech po wcześniejszym otwarciu klapy aparatu.

Przejdźmy teraz do opisu możliwości technicznych tego cacka – choć możliwości były niestety niewielkie ponieważ aparaty skierowane były do kompletnych fotoamatorów. Czas otwarcia migawki był tylko jeden: 1/40 sekundy (oznaczony na płycie obiektywu jako „I”) + czas T – polegający na otwarciu migawki przez użytkownika tak długo jak potrzeba. Obiektyw ma stałą przysłonę wynoszącą F16. Jeśli chodzi o możliwość ustawienia ostrości to mamy tylko dwie opcje do wyboru: NEAR – czyli „w pobliżu” (około 1,5 m) oraz FAR – czyli „daleko” (od około 2 m do nieskończoności).

Obudowa tego brytyjskiego eleganta została wykonana z metalu, który został pokryty czarną lekko pomarszczoną okleiną, która szczerze mówiąc prezentuje się wyśmienicie i doskonale imituje coś w rodzaju naturalnej skóry. Pozostałe elementy metalowe są porządnie pokryte pięknym chromem, który mimo upływu 79 lat wygląda niemalże jak nowo położony.

Po raz drugi spotykam się z aparatem, który soczewkę obiektywu ma schowaną za migawką – choć wiem, że jest więcej aparatów z takim właśnie rozwiązaniem – m.in. No. 1A Folding Pocket Kodak, Model D, którego również posiadam w swojej kolekcji. Na koniec mała ciekawostka – aparat SOHO MYNA ALL DISTANCE po wejściu na rynek kosztował tylko… 15 szylingów, a dla jeszcze bardziej ciekawych dodam, że kiedyś w Wielkiej Brytanii 1 funt równał się 20 szylingom. W dzisiejszych czasach aparat ten jest rzadko spotykany w Polsce, lecz w krajach brytyjskich jest to aparat mniej więcej tak popularny jak Druh w naszym kraju, który był produkowany przez WZFO.

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

Jesień na Pałukach 2015 – Po raz drugi fotokolekcja wystawi część swojej kolekcji aparatów. 40 edycja jarmarku!

Jesień na Pałukach 2015

Jesień na Pałukach 2015

Aparat VEGA II, czyli Czechosłowackie maleństwo z „maleńkim oczkiem” produkowane w Spółdzielni Druopta Praha.

W czasach gdy Czechy i Słowacja tworzyły jedno państwo – Czechosłowację, w Pradze a więc w stolicy tego kraju istniała fabryka, która zajmowała się produkcją aparatów fotograficznych. Była to firma DRUOPTA – która tak właściwie była spółdzielnią pracy. Założona została w 1950 roku, choć co ciekawe według mojej wiedzy jednym z pierwszych aparatów, który został wyprodukowany w tej fabryce pochodzi z 1949 roku (więc być może firmę założono wcześniej?), a jest to aparat VEGA, który występował właściwie aż w czterech różnych wersjach: VEGA, VEGA II, VEGA III oraz VEGA IV. Napisałem, że jednym z pierwszych był aparat VEGA, bo prawdopodobnie pierwszy był REX I (informacje znalezione w sieci) – prototyp VEGI. DRUOPTA  produkowała jeszcze kilka innych aparatów, głównie wykonanych z bakelitu, ale nie tylko. Do „rodzinki” należały także aparaty: Druoflex, Corina, Corta, Druex, Efekta, Fit II, Fokaflex (produkowany już od 1945 roku przez firmę Heskẏ, lecz DRUOPTA zaczęła jego produkcję w 1950 roku), Inka, Pionyr (Pioneer), RIX oraz Stereokamera. Postaram się nieco przybliżyć „sylwetkę” aparatu VEGA II, a więc jednemu z najstarszych produkowanych przez firmę DRUOPTA.

Małoobrazkowy aparat fotograficzny VEGA II był produkowany w latach 1949 – 1951 (w tym samym czasie był dostępny na rynku aparat VEGA (bez napisu na aparacie), natomiast VEGA III można było kupić w okresie 1957 – 1958 – w trzeciej wersji zostały zamontowane sanki na lampę błyskową). Aparat VEGA IV był najprawdopodobniej produkowany w tych samych latach co wersja trzecia. Wszystkie wersje były do siebie niemal bliźniaczo podobne wizualnie – różnice pojawiały się jeśli chodzi o aspekty techniczne. VEGA w wersji drugiej wyposażony był w centralną migawkę ETAXA (lub CHRONTAX), obie migawki posiadały następujące czasy otwarcia migawki: 1/10, 1/25, 1/50, 1/100, 1/200 + czas „B” oraz „T” z obiektywami DRUOPTAR 4,5/50mm. Zakres przysłon wynosi od 4,5 do 16. Minimalna odległość ostrzenia zaczyna się od 75 cm. Jednak zdarzały się też VEGI II ze świetną i o wiele bogatszą w czasy naświetlania migawką COMPUR RAPID (1/1-1/500 + B) oraz w jaśniejszy obiektyw ETAR 3,5/50mm. Obiektywy w każdym z modeli aparatu VEGA zostały osadzone na metalowym tubusie, który należy wysunąć aby prawidłowo wykonać fotografię. Czechosłowaccy konstruktorzy nie wyposażyli VEGI II w blokadę chroniącą naświetloną klatkę przed wielokrotną ekspozycją, więc trzeba pamiętać aby po każdym wykonanym zdjęciu przesunąć film. Kolejną wpadkę „spece” z firmy DRUOPTA zaliczyli przy wizjerze lunetkowym w jaki zaopatrzony jest VEGA II. „Maleńkim oczkiem” z tytułu wpisu jest właśnie wyżej wymieniony wizjer przez który praktycznie nie można kadrować – jego średnica to niecałe 3mm! Podobny wizjer spotkałem tylko w niemieckim aparacie Balda Jubilette.

Opis techniczny tego „maluszka” mamy za sobą, teraz czas na opis wizualny. Twór Czechosłowackich projektantów nie należy do aparatów nad wyraz pięknych. Jest to prosty aparat bez niepotrzebnych udziwnień. Został wykonany z metalu – jest naprawdę solidny i ciężki jak na jego małe rozmiary. Front tak jak i tył aparatu został oklejony czarną okleiną skóropodobną, która po dziś dzień (mimo, że aparat ma już około 66 lat) prezentuje się bardzo dobrze.

Co do całej serii aparatów VEGA bardzo ciekawe jest zastosowanie aż sześciu różnych typów migawek – były to migawki: DRUO, ETAXA, VEBUR, COMPUR RAPID CHRONTAX i METAX. Na szczególną uwagę zasługuje montaż migawek VEBUR oraz COMPUR RAPID, które były stosowane w aparatach niemieckich.
Poniżej sporządziłem tabelę z typami obiektywów i migawek montowanych do poszczególnych modeli VEGI oraz do prototypu VEGI – aparatu REX I.

Model aparatu Rodzaj obiektywu Typ migawki
REX I (prototyp VEGI) Druoptar 4,5/50mm Druo 1/25-1/100 + B i T
VEGA Druoptar 4,5/50mm Druo 1/25-1/100 + B i T
VEGA II Druoptar 4,5/50mm Chrontax 1/10-1/200 + B i T
VEGA II ETAR 3,5/50mm Compur Rapid 1/1-1/500 + B
VEGA II Druoptar 4,5/50mm ETAXA 1/10-1/200 + B i T
VEGA III Druoptar 3,5/50mm Chrontax 1/10-1/200 + B i T
VEGA III ETAR 3,5/50mm ETAXA 1/10-1/250 + B i T
VEGA IV ETAR 3,5/50mm VEBUR 1/1-1/250 + B
VEGA IV ETAR 3,5/50mm METAX 1/1-1/400 + B
VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

DRUOPTA PRAHA - logo firmy

DRUOPTA PRAHA – logo firmy

DRUOPTA PRAHA - logo firmy

DRUOPTA PRAHA – logo firmy

Radioaktywne obiektywy – czy fotoamator może być zagrożony?

Cały Świat – włączając w to każdego człowieka – zbudowany jest z pierwiastków chemicznych. Wszystko oparte jest na chemii, tak było, jest i będzie. Fotografia – analogowa zwłaszcza – to chemia w chemii, ponieważ od filmu światłoczułego zakładanego w aparacie, aż do procesu wywołania i utrwalenia zdjęcia mamy doczynienia z procesami chemicznymi. Jak wszystko to wszystko – obiektywy fotograficzne to również chemia. Jednak niektóre obiektywy – a nawet całkiem spora grupa obiektywów – są wykonane z pierwiastków radioaktywnych.

Mowa tutaj o tlenku toru (Th) oraz o tlenku lantanu (La). Oba pierwiastki były wykorzystywane przy produkcji soczewek – głównie radzieckich i japońskich obiektywów. „Proceder” ten trwał przez około 50 lat – radioaktywne izotopy Toru stosowano w latach 1940 – 1970, a lantan był stosowany do produkcji soczewek nawet do lat dziewięćdziesiątych! Tor jest o wiele bardziej radioaktywny od lantanu (radioaktywność lantanu jest aż 10000 razy mniejsza niż toru). Obiektywy, które zawierają te nieszczęsne pierwiastki posiadam w swojej kolekcji. Głównie są to obiektywy z byłego Związku Radzieckiego (np. Industar I-61 lub Industar I-61 Ł/D – których soczewki są wykonane z domieszką lantanu). Są to bardzo popularne obiektywy, montowane w równie popularnych korpusach – w aparatach marki FED – które są małoobrazkowymi dalmierzowcami. Należy dodać, że lantanu, który był użyty przy produkcji soczewek Industarów jest jak na lekarstwo. Ten pierwiastek występuje w minimalnych ilościach, które absolutnie nie są szkodliwe dla człowieka. Chociaż ciekawi mnie jeden fakt. Informacje o nieszkodliwości lantantu, które można odnaleźć w sieci odnoszą się do faktu posiadania jednego takiego obiektywu – ja jako kolekcjoner posiadam 6 sztuk Industarów – czy w takim razie jestem jakoś zagrożony promieniowaniem radioaktywnym? Myślę, że na pewno takie promieniowanie jest troszkę podwyższone, lecz nadal nieszkodliwe.

W kraju kwitnącej wiśni – a więc w Japonii – także wytwarzano obiektywy z domieszką substancji radioaktywnych. To właśnie japończycy masowo stosowali Tor przy produkcji swoich klasowych i legendarnych obiektywów. Wśród firm, które produkowały soczewki z dodatkiem Toru można wymienić takie znane marki jak: Canon, Asahi Opt. Co. (czyli sławne Takumary dla Pentaxa), Yashica i wiele, wiele innych. W mojej kolekcji posiadam tylko jeden z tych japońskich obiektywów z dodatkiem Toru – jest to Super – Multi – Coated TAKUMAR 1:1.8/55, produkowany przez japońskie przedsiębiorstwo Asahi Opt. Co. w Tokio. Obiektyw ten jest bardzo jasny, daje piękne kontrastowe fotografie oraz „powala na łopatki” wiele obiektywów niesamowicie ostrymi zdjęciami. Ja osobiście używałem tego obiektywu do makrofotografii, poprzez odpowiednie tuleje i przejściówkę podpiąłem go do mojego cyfrowego Nikona. Zdjęcia, które wykonałem tym zestawem są wydane w specjalnym albumie wydanym przez Starostwo Powiatowe w Żninie.

Według strony: 
http://if.pw.edu.pl/~sala/papers/Obiektywy.pdf
mój TAKUMAR jest promieniotwórczy, a moc dawki radioaktywności wynosi 3500 nSv/h, a więc całkiem sporo, choć do rekordzistów jest mu jeszcze daleko. W sieci odnalazłem informacje o bardzo jasnym szkle ze stajni Canona – Canon 1.2/55 promieniuje mocą 17000 nSv/h!!! Drugie z kolei miejsce zajmuje obiektyw znakomitej firmy Fuji – Fujinon 1.4/50, którego promieniowanie wynosi 12000 nSv/h!

No dobrze, a zastanawialiście się dlaczego właściwie producenci obiektywów produkowali swoje soczewki z dodatkiem promieniotwórczych pierwiastków? Odpowiedź jest po prostu banalna – lantan i tor, dodawane masowo do składu soczewek miały poprawić właściwości optyczne radzieckich i japońskich obiektywów. I rzeczywiście obie nacje stworzyły bardzo dużo znakomitych optycznie „szkieł” dzięki tym izotopom. Wiele z nich do dnia dzisiejszego ma miano wręcz kultowych – np. SMC Takumar o światłosile 1.4 przy ogniskowej 50 mm - mimo swojej sporej radioaktywności (10000 nSv/h) jest bardzo cenionym i poszukiwanym szkłem przez fotoamatorów, a nawet profesjonaliści z powodzeniem używają tego obiektywu do pracy twórczej.

Konstruktorzy obiektywów stosowali soczewki z lantanem i torem aby zminimalizować abberację chromatyczną, która wyróżnia się kolorowym obramowaniem konturów obrazu widzianego na zdjęciu oraz pogorszeniem ostrości. Coś musi być na rzeczy – ponieważ zdjęcia wykonane przy użyciu obiektywów rzekomo promieniotwórczych bardzo często są bardzo ostre, dobrze nasycone kolorami, a przy tym bardzo kontrastowe. Mimo, że miałem doczynienia tylko z kilkoma wyżej opisanymi obiektywami z domieszką lantanu i toru to muszę potwierdzić doskonałą jakość zdjęć, które wykonałem przy pomocy tych obiektywów. Industarami wykonałem kilka dobrych rodzinnych zdjęć, a Takumarem wykonałem przepięknie nasycone fotografie makro – kolory przyrody wykonane tym japońskim szkłem bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły.

Wadą niemalże wszystkich radioaktywnych obiektywów jest żółknięcie soczewek (właściwie to klej łączący soczewki żółknie pod wpływem promieniowania), ale moim zdaniem nie wpływa to istotnie na jakość zdjęć. Jeśli jednak komuś przeszkadza żółtawo – brązowy kolor soczewek to jest na to recepta. Prawdopodobnie promieniowanie UV pozwala usunąć objawy żółknięcia szkieł. Proces „naświetlania” soczewki obiektywu jest jednak długotrwały (około 2 tygodnie). Można wystawić obiektyw na ostre Słońce, bądź naświetlać go lampą UV. Ja jednak nie jestem zwolennikiem tego typu praktyk. Myślę, że takie promieniowanie UV może bardziej zaszkodzić naszemu obiektywowi niż mu pomóc. Mój TAKUMAR i Industary posiadają lekko pożółknięte soczewki, ale nigdy nie odważyłbym się wystawiać ich na silne Słońce – tym bardziej, że fotografie, które wykonuję tymi szkłami są bardzo dobre i zażółcenie soczewek kompletnie nie wpływa na jakość zdjęć.

Przypuszczam, że na pytanie z tytułu tego wpisu każdy odpowie sobie indywidualnie. Ja jednak nie zamierzam panikować z powodu posiadania i używania szkieł z domieszką takich substancji jak lantan, czy jeszcze bardzej szkodliwy tor. Ilości w jakich występują owe pierwiastki w składzie soczewek są znikome, a promieniowanie, które emitują mimo, że dość silne to jednak nadal bezpieczne dla człowieka. Przez tyle lat wielu ludzi stosowało, a nawet po dziś dzień używa wiele tych „szkodliwych” szkieł i mają się dobrze – przynajmniej ja nigdy nie słyszałem, aby ktoś miał jakieś objawy chorobotwórcze spowodowane używaniem obiektywów z lantanem i torem. Posiadacze Takumarów, Industarów, ale i innych cenionych szkieł mogą spać spokojnie, a więc życzę samych udanych kadrów wykonanych tymi i innymi obiektywami.

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

FED 5B i radioaktywny Industar I-61 Ł/D

FED 5B i radioaktywny Industar I-61 Ł/D

Pentax Spotmatic i radioaktywny SMC Takumar 1.8/55

Pentax Spotmatic i radioaktywny SMC Takumar 1.8/55

SMC Takumar 1.8/55 (posiada soczewki z domieszką Toru)

SMC Takumar 1.8/55 (posiada soczewki z domieszką Toru)

Industar I-61 Ł/D (soczewki z domieszką lantanu) i SMC Takumar 1.8/55 (soczewki z domieszką toru)

Industar I-61 Ł/D (soczewki z domieszką lantanu) i SMC Takumar 1.8/55 (soczewki z domieszką toru)

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

SMC Takumar 1.8/55

SMC Takumar 1.8/55

Industar I-61 2.8/55

Industar I-61 2.8/55

Zdjęcie (mojego autorstwa) wykonane za pomocą cyfrowego aparatu NIKON D3100 + tuleleje + SMC Takumar 1.8/55

Zdjęcie (mojego autorstwa) wykonane za pomocą cyfrowego aparatu NIKON D3100 + tuleleje + SMC Takumar 1.8/55

Vredeborch N-BOX – skrzynkowy aparat fotograficzny mało znanej niemieckiej firmy z miasta Nordenham…

Świat fotografii, czyli różnego typu aparaty, różnego rodzaju firmy to temat na bardzo, bardzo grubą książkę, a raczej na wielotomowe wydawnictwo. Do napisania dzisiejszego wpisu skłonił mnie spis moich aparatów, który powoli tworzę w wolnych chwilach (m.in. spisuję numery seryjne body oraz obiektywów). Ostatnim aparatem jaki zindeksowałem był aparat firmy Vredeborch, która została założona w 1945 roku w niemieckim mieście Nordenham, które położone jest na wybrzeżu Morza Północnego. Mówiąc szczerze firma była dla mnie kompletnie anonimowa i właśnie to sprawiło, że zaciekawiłem się jej historią. Fabryka niestety działała stosunkowo krótko – aparaty przestała produkować w 1970 roku, ale co ciekawe upadłość firmy została ogłoszona dopiero szesnaście lat później, bo w 1986 roku. Od początku do końca działalności firma Vredeborch produkowała aparaty skrzynkowe (od 1953 roku produkowała różne aparaty jako podwykonawca, np. dla firmy Neckermann). Ciekawostką jest, że nazwa firmy pochodzi od zamku Vredeborch, który został wzniesiony na początku XV wieku (różne źródła podają, że było to w roku 1404, bądź w roku 1407).

W roku 1955, w fabryce firmy Vredeborch został wyprodukowany aparat Vredeborch N-BOX.  „N” w nazwie oznacza, że został on stworzony dla firmy wysyłkowej NeckermannN-Box to średnioformatowy aparat na błonę zwojową 120, wykonujący zdjęcia w formacie 6×9 (możliwość wykonania 8 zdjęć na jednej kliszy). Jest prostym aparatem skrzynkowym, jednakże wykonanym bardzo estetycznie, z eleganckim frontem. Obrotowa migawka tylko z jednym możliwym czasem naświetlania 1/30 sek. zamontowana w tym modelu sprawia wrażenie niezniszczalnej. Oczywiście producent wyposażył tego BOXa także w czas „B”, czyli „bulb”.

Obiektywem tego sprzętu jest standardowy menisk o ogniskowej 110mm, który posiada dwie wartości przysłony 11 oraz 16. Nie ma mowy o ustawianiu ostrości – ponieważ ma ona stałą wartość – jest niezmienna. Bardzo ciekawym patentem popisał się niemiecki producent, a mianowicie ten niepozorny aparacik został wyposażony we wbudowany żółty filtr – tak bardzo przydatny w fotografii plenerowej, głównie dzięki wzmacnianiu kontrastu zdjęć! Filtr ten możemy zacząć używać po przekręceniu pokrętła w prawą stronę, które znajduje się w literce „O”, na froncie aparatu w napisie „BOX”.

Vredeborch N-BOX był produkowany w dwóch wersjach – z gorącą stopką oraz identyczny aparat bez gorącej stopki. Mam to szczęście i posiadam tę bogatszą wersję, a więc mam możliwość podłączenia lampy błyskowej po zamontowaniu jej na gorącej stopce i podłączeniu do gniazda za pomocą kabelka.

Kadrowanie w N-BOXie jak to zresztą bywa w aparatach skrzynkowych jest nieco uciążliwe, ponieważ trzeba korzystać z powiedzmy sobie szczerze bardzo maleńkich „wizjerów” (2 okienka – jedno na górze aparatu, a drugie na bocznej ścianie, obok pokrętła do przesuwania kolejnych klatek błony światłoczułej).

Kwestie techniczną mamy za sobą, teraz kwestia wizualna i estetyczna. Niemiecki producent z nadmorskiego miasteczka stworzył całkiem ładne „pudełeczko” do robienia zdjęć. Aparat został wykonany z metalu, i oklejony okleiną, która całkiem dobrze imituje prawdziwą skórę. Dodając do tego niklowane elementy takie jak pokrętło przesuwu filmu lub gorąca stopka można śmiało nazwać ten aparat eleganckim. Elegancja ma swoje źródło również w prostocie, ponieważ firma Vredeborch postawiła na klasykę, czyli na aparat bez zbędnych „udziwnień”.

Szczerze powiedziawszy korci mnie aby kiedyś w przyszłości użyć tego aparatu bo mój egzemplarz jest w 100% sprawny technicznie oraz jest praktycznie jak nowy – bez żadnych śladów korozji. Vredeborch N-BOX to pozycja dla miłośników plastycznych kadrów, bo tak prostym obiektywem w jaki jest wyposażony ten box po prostu niemożliwe jest wykonanie fotografii ostrej jak żyleta. Plastyczne zdjęcia posiadają swój urok, a przy odpowiednich umiejętnościach i oczywiście przy odrobinie szczęścia można stworzyć zdjęcie, które do złudzenia będzie przypominać obraz. Tak więc kupujcie BOXy i twórzcie prawdziwe dzieła sztuki…

Na sam koniec przypomniało mi się, że firma Vredeborch posiada bardzo ciekawe logo, które możecie zobaczyć wraz ze zdjęciami aparatu, które są mojego autorstwa.

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

 

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Logo Vredeborch

Logo Vredeborch (logo zapożyczone ze strony www.collectiblend.com)

Pierwsza moja wystawa starych aparatów na jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Pierwsze koty za płoty. 21 września podczas 39 edycji „Jesieni na Pałukach”, czyli na jarmarku sztuki ludowej, który odbywa się w moim rodzinnym Żninie po raz pierwszy zaprezentowałem część mojej kolekcji starych aparatów fotograficznych. Prócz aparatów pokazałem również kilka światłomierzy oraz prasę i literaturę o tematyce fotograficznej. Zainteresowanie moim stoiskiem było bardzo duże, co było dla mnie miłą niespodzianką. Wielu ludzi przypominało sobie stare czasy, gdy robili zdjęcia na kliszy. Prócz zwykłych zjadaczy chleba moje stoisko odwiedzili ludzie bardzo związani z fotografią – np. Żniniak wykonujący zawód fotografa. Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie spotkanie starszego Pana, który pochodził z Wrocławia – jednakże wykłada on nauki związane z fotografią na uczelni w Tel Awiwie, w Izraelu. Jego wiedza była olbrzymia, a historie, które usłyszałem z jego ust zapadną mi w pamięci do końca życia. Voigtlanderem VAG, który posiadam w swej kolekcji owy nieznajomy z Wrocławia wykonuje zdjęcia do dnia dzisiejszego i bardzo chwali sobie jakość obiektywów montowanych w tym modelu aparatu.

Bardzo dziękuję każdemu, kto nie przeszedł obojętnie obok mojej wystawy – włożyłem wiele serca w przygotowania związane z tą wystawą. Na wystawie towarzyszył mi Pan Zdzisław z Bydgoszczy, który jest darczyńcą wielu aparatów z mojej kolekcji. Poniżej prezentuję zdjęcie na którym widać mnie, Pana Zdzisława oraz moje stoisko w całej okazałości.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku "Jesień na Pałukach" w Żninie.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Polska myśl fotooptyczna w latach sześćdziesiątych – powstaje Start-B, lustrzanka dwuobiektywowa z obiektywem zdjęciowym Euktar 3,5/75. Zdjęcia poglądowe.

Gdy II wojna światowa się zakończyła, w Polsce nastały biedne czasy, brakowało wszystkiego. Mimo tego Polacy nie próżnowali, przemysł w każdej dziedzinie rozwijał się małymi krokami. Firmy fotooptyczne także próbowały się odrodzić. Sześć lat po wojnie (w 1951 roku) Polacy rozpoczęli produkcję aparatów fotograficznych pod nazwą „Start”. Była to ciekawa lustrzanka dwuobiektywowa produkowana przez Warszawskie Zakłady Kinotechniczne (lata 1951-1952), następnie produkcja została przeniesiona do Warszawskich Zakładów Fotooptycznych (lata 1954-1960), natomiast pod koniec lat sześćdziesiątych „Starty” były produkowane w Polskich Zakładach Optycznych. Było pięć wersji „Startów” – Start, Start II, Start-B, Start 66 oraz Start 66S. Dzisiaj postaram się przybliżyć wersję aparatu Start-B, który był produkowany w latach 1960-1967.

Start-B to ulepszona wersja pierwszego Starta i „brat bliźniak” Starta II. Podobieństwo do Starta II polegało na wykorzystaniu takich samych części w produkcji obu modeli. Poza tym Start-B i Start II były produkowane równocześnie, lecz Start-B produkowany był o dwa lata dłużej. Start II był adresowany dla profesjonalistów, natomiast Start-B dla amatorów fotografii, mimo wszystko to właśnie model B zdobył większą popularność wśród konsumentów.

Nasz Start-B to aparat średnioformatowy na film 120 – klasyczny format negatywu 6×6. Oba obiektywy zamontowane w aparacie były trypletami, czyli posiadały trzy soczewki. Obiektyw celownikowy to Euktar 3,5/75, tak samo wyglądał obiektyw zdjęciowy – również Euktar 3,5/75, lecz ciekawostką jest, że właśnie od modelu Start-B jasność obiektywu zdjęciowego wynosiła 3,5 – obiektyw zdjęciowy pierwszego Starta był ciemniejszy i minimalna wartość przysłony wynosiła 4. Przysłona we wszystkich Startach od modelu Start-B wynosiła od 3,5 do 22.
W Starcie-B migawka była centralna i można było nastawiać czasy: 1/10, 1/25, 1/50, 1/100, 1/250 i „bulb”. Model Starta-B był również wyposażony w gniazdo synchronizacji lampy błyskowej, co nie było domeną wszystkich Startów. Przesuw filmu w Starcie-B odbywał się za pomocą gałki, znajdującej się z prawej strony aparatu. Kręcąc gałką trzeba było kontrolować czerwone okienko z tyłu aparatu, na którym widniała odpowiednia cyfra, która wskazywała którą klatkę wykonujemy w danej chwili. Okienko te zastępowało licznik klatek. Start-B nie posiadał blokady podwójnej ekspozycji, więc na jednej klatce można było uzyskać zdjęcie wielokrotnie naświetlone.
W każdym Starcie w kominku znajdowała się lupa do precyzyjnego ustawiania ostrości na matówce. Ostrość w Starcie ustawiamy za pomocą gałki znajdującej się po lewej stronie aparatu w odległościach od 1-10m plus nieskończoność. Gdy ustawiamy ostrość każdym modelem Starta to cały front aparatu z dwoma obiektywami „wychodzi” z aparatu do przodu – co mnie zaskoczyło mając pierwszy raz w dłoniach ten Polski aparat.

Szczerze powiedziawszy mam spory sentyment do Polskich aparatów fotograficznych, ponieważ w latach powojennych były narzędziem pracy wielu fotografów prasowych, a więc pełniły ogromną funkcję w życiu publicznym. Nie każdy fotoamator mógł sobie pozwolić na którykolwiek model Starta, tylko nieliczni, posiadający spory majątek byli predysponowani do posiadania tego pięknego Polskiego aparatu. Start-B nie był cudem techniki, lecz miał wszystko to czego potrzebował fotograf w tamtych czasach do wykonywania ciekawych ujęć. Wachlarz czasów otwarcia migawki i przysłon był dość szeroki. Minusem aparatu jest na pewno ciemna matówka, lecz moim zdaniem to jedyny minus tej dwuobiektywowej lustrzanki. Nawet w XXI wieku jest wielu zapaleńców Startów, którzy nadal fotografują tymi aparatami i cieszą się fotografią analogową, a zdjęcia niektórych osób mogą naprawdę zadziwić młodych adeptów fotografii i natchnąć do spróbowania swoich sił w fotografii średnioformatowej.

Po raz kolejny dorzucam do wpisu zdjęcia wykonane opisywanym aparatem, zdjęcia poglądowe Startem-B wykonał Dominik Kamiński z Łodzi, któremu serdecznie dziękuję za zgodę na publikację jego zdjęć.