Vredeborch N-BOX – skrzynkowy aparat fotograficzny mało znanej niemieckiej firmy z miasta Nordenham…

Świat fotografii, czyli różnego typu aparaty, różnego rodzaju firmy to temat na bardzo, bardzo grubą książkę, a raczej na wielotomowe wydawnictwo. Do napisania dzisiejszego wpisu skłonił mnie spis moich aparatów, który powoli tworzę w wolnych chwilach (m.in. spisuję numery seryjne body oraz obiektywów). Ostatnim aparatem jaki zindeksowałem był aparat firmy Vredeborch, która została założona w 1945 roku w niemieckim mieście Nordenham, które położone jest na wybrzeżu Morza Północnego. Mówiąc szczerze firma była dla mnie kompletnie anonimowa i właśnie to sprawiło, że zaciekawiłem się jej historią. Fabryka niestety działała stosunkowo krótko – aparaty przestała produkować w 1970 roku, ale co ciekawe upadłość firmy została ogłoszona dopiero szesnaście lat później, bo w 1986 roku. Od początku do końca działalności firma Vredeborch produkowała aparaty skrzynkowe (od 1953 roku produkowała różne aparaty jako podwykonawca, np. dla firmy Neckermann). Ciekawostką jest, że nazwa firmy pochodzi od zamku Vredeborch, który został wzniesiony na początku XV wieku (różne źródła podają, że było to w roku 1404, bądź w roku 1407).

W roku 1955, w fabryce firmy Vredeborch został wyprodukowany aparat Vredeborch N-BOX.  „N” w nazwie oznacza, że został on stworzony dla firmy wysyłkowej NeckermannN-Box to średnioformatowy aparat na błonę zwojową 120, wykonujący zdjęcia w formacie 6×9 (możliwość wykonania 8 zdjęć na jednej kliszy). Jest prostym aparatem skrzynkowym, jednakże wykonanym bardzo estetycznie, z eleganckim frontem. Obrotowa migawka tylko z jednym możliwym czasem naświetlania 1/30 sek. zamontowana w tym modelu sprawia wrażenie niezniszczalnej. Oczywiście producent wyposażył tego BOXa także w czas „B”, czyli „bulb”.

Obiektywem tego sprzętu jest standardowy menisk o ogniskowej 110mm, który posiada dwie wartości przysłony 11 oraz 16. Nie ma mowy o ustawianiu ostrości – ponieważ ma ona stałą wartość – jest niezmienna. Bardzo ciekawym patentem popisał się niemiecki producent, a mianowicie ten niepozorny aparacik został wyposażony we wbudowany żółty filtr – tak bardzo przydatny w fotografii plenerowej, głównie dzięki wzmacnianiu kontrastu zdjęć! Filtr ten możemy zacząć używać po przekręceniu pokrętła w prawą stronę, które znajduje się w literce „O”, na froncie aparatu w napisie „BOX”.

Vredeborch N-BOX był produkowany w dwóch wersjach – z gorącą stopką oraz identyczny aparat bez gorącej stopki. Mam to szczęście i posiadam tę bogatszą wersję, a więc mam możliwość podłączenia lampy błyskowej po zamontowaniu jej na gorącej stopce i podłączeniu do gniazda za pomocą kabelka.

Kadrowanie w N-BOXie jak to zresztą bywa w aparatach skrzynkowych jest nieco uciążliwe, ponieważ trzeba korzystać z powiedzmy sobie szczerze bardzo maleńkich „wizjerów” (2 okienka – jedno na górze aparatu, a drugie na bocznej ścianie, obok pokrętła do przesuwania kolejnych klatek błony światłoczułej).

Kwestie techniczną mamy za sobą, teraz kwestia wizualna i estetyczna. Niemiecki producent z nadmorskiego miasteczka stworzył całkiem ładne „pudełeczko” do robienia zdjęć. Aparat został wykonany z metalu, i oklejony okleiną, która całkiem dobrze imituje prawdziwą skórę. Dodając do tego niklowane elementy takie jak pokrętło przesuwu filmu lub gorąca stopka można śmiało nazwać ten aparat eleganckim. Elegancja ma swoje źródło również w prostocie, ponieważ firma Vredeborch postawiła na klasykę, czyli na aparat bez zbędnych „udziwnień”.

Szczerze powiedziawszy korci mnie aby kiedyś w przyszłości użyć tego aparatu bo mój egzemplarz jest w 100% sprawny technicznie oraz jest praktycznie jak nowy – bez żadnych śladów korozji. Vredeborch N-BOX to pozycja dla miłośników plastycznych kadrów, bo tak prostym obiektywem w jaki jest wyposażony ten box po prostu niemożliwe jest wykonanie fotografii ostrej jak żyleta. Plastyczne zdjęcia posiadają swój urok, a przy odpowiednich umiejętnościach i oczywiście przy odrobinie szczęścia można stworzyć zdjęcie, które do złudzenia będzie przypominać obraz. Tak więc kupujcie BOXy i twórzcie prawdziwe dzieła sztuki…

Na sam koniec przypomniało mi się, że firma Vredeborch posiada bardzo ciekawe logo, które możecie zobaczyć wraz ze zdjęciami aparatu, które są mojego autorstwa.

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

 

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Logo Vredeborch

Logo Vredeborch (logo zapożyczone ze strony www.collectiblend.com)

ADOX Golf IIIA – aparat małoobrazkowy ze świetnym obiektywem Schneider-Kreuznach.

Aparaty kompaktowe bardzo często są ignorowane, i zamiast nich wielu ludzi wybiera lustrzanki, aby tworzyć wspaniałe fotografie. Czy taki wybór jest do końca słuszny? Moim zdaniem nie. Uzasadnię swoją wypowiedź dzięki produktowi niemieckiej marki ADOX (na początku Fotowerke Dr C. Schleussner GmbH), która została założona już w 1860 roku we Frankfurcie nad Menem. Firma stworzona przez Dr. Carla Schleussnera była pierwszym na świecie producentem materiałów fotograficznych. Chemia, filmy i papiery fotograficzne sprzedawane pod nazwą ADOX były i nadal są bardzo cenione wśród fotografów zajmujących się fotografią tradycyjną.
Od 1930 roku, aż do lat sześćdziesiątych firma produkowała również aparaty fotograficzne, m.in. małoobrazkowe (ADOX 300, ADOX Polomat i in.), średnioformatowe (ADOX Sport, ADOX 66 i in.), na film 127 (Adrette 3×4) i na specjalny film (Juka 3×4).

ADOX Golf IIIA, był jednym z ostatnich aparatów produkowanych przez firmę ADOX. Ten małoobrazkowy aparat był produkowany w latach 1964-1965. Niepozorny wygląd i rozmiary są bardzo mylące, ponieważ jest to aparat wyposażony w doskonały obiektyw niewymienny, firmy Schneider-Kreuznach. Niemiecki producent zastosował w tym modelu popularną centralną migawkę PRONTOR 500 LK, produkowaną przez rodzimą firmę Gauthier. Czasy otwarcia migawki wynoszą odpowiednio: 1/15, 1/30, 1/60, 1/125, 1/250, 1/500 plus oczywiście czas „B”. Obiektyw Radionar L 2.8/45mm jest złożony z trzech grup soczewek, więc jest to popularny tryplet, który rysuje niesamowicie ostre zdjęcia. Przednia soczewka posiada powłokę, bądź powłoki antyrefleksyjne w odcieniach fioletu. Ostrość ustawiamy „na oko”, a odległości w metrach wynoszą od 1m do 10m plus nieskończoność. Przysłonę można płynnie regulować, w zakresie od 2.8 aż do 22, a otwór przysłony jest zbliżony do pełnego okręgu. Na obiektywie jest również pierścień do ustawienia czułości błony filmowej, który możemy ustawić od 10-800 ASA.
ADOX Golf IIIA posiada również samowyzwalacz, usytuowany niemalże na pierścieniu do zmiany czasów otwarcia migawki – trzeba przyznać, że mechanizm ten pracuje niesamowicie cicho.
Dużym zaskoczeniem może być posiadanie przez takie maleństwo światłomierza, oczywiście wykonanego z królującego w tamtym czasie selenu. Wskazania światłomierza są widoczne w wizjerze aparatu i są bardzo proste do odczytania, po prostu gdy wskazówka pokrywa się ze wskazówką „z kółeczkiem” mamy poprawnie naświetlony kadr. Co do wizjera to też możemy się miło zaskoczyć, jest dość jasny i duży – posiada także ramkę, która ułatwia kadrowanie.
Do aparatu możemy podłączyć lampę błyskową poprzez sanki, znajdujące się tradycyjnie na górze aparatu, i za pomocą wężyka do synchronizacji, ponieważ aparat posiada takie gniazdo – umiejscowione na obiektywie.

Trzeba przyznać, że ADOX Golf IIIA posiada nietypowy wygląd, jak i również ciekawe rozwiązania techniczne. Bardzo ciekawie producent usytuował naciąg migawki – znajduje się on na dole, pod spodem aparatu i naciąga się go nie kciukiem prawej ręki, lecz kciukiem lewej ręki. Również pod spodem aparatu znajdują się:  gniazdo statywowe, licznik klatek i korbka, którą zwijamy naświetlony film.

Aparat ADOX Golf IIIA wywarł na mnie ogromne wrażenie – wygląda niepozornie, a drzemie w nim wielka siła przebicia. Spory zasób czasów otwarcia migawki, światłomierz (w moim modelu nadal sprawny), doskonały optycznie obiektyw, sprawiają, że ten mały kompakt, może konkurować z wieloma lustrzankami produkowanymi w latach sześćdziesiątych. Sprzęt wykonany bardzo solidnie, jak przystało na niemiecki produkt – do produkcji aparatu użyto metalu i naprawdę mocnego plastiku. W tym aparacie brakuje mi tylko dalmierza, i śmiem twierdzić, że gdyby go posiadał, to ADOX Golf IIIA byłby znany szerszej publiczności, choć dla mnie to i tak sprzęt z dużym potencjałem

Beroquick SL 125 – mały aparat kompaktowy, produkowany przez niemiecką firmę Beier.

W Niemczech od zarania dziejów przemysł związany z fotografią prężnie i nieustannie się rozwijał. Niemcy produkowali najróżniejsze aparaty, od prostych konstrukcji po bardzo zaawansowane „machiny” fotograficzne. Kamera-Fabrik Woldemar Beier to fabryka założona w 1923 roku, w Freital, nieopodal Drezna, założycielem firmy był Woldemar Beier. Ze względu na długą nazwę firmy, potoczna używana nazwa to po prostu Beier. Ta niemiecka fabryka od początku istnienia zajmowała się produkcją aparatów raczej nieskomplikowanych. Już dziewięć lat po rozpoczęciu działalności, firma zaczęła produkcję aparatów małoobrazkowych na film 35 mm (w 1932 roku powstał Beier Beira). Po zakończeniu II wojny światowej Beier nadal był niezależną firmą, dopóki w 1959 roku Niemiecka Republika Demokratyczna przejęła spore udziały w przedsiębiorstwie Woldemara Beiera. W 1962 roku Beier zaprezentował swoje pierwsze aparaty półautomatyczne tzw. „Beier-Matic”. Państwo niemieckie nie spoczęło na laurach i w roku 1972 całkowicie przejęło władzę w firmie Beier, która zmieniła wtedy nazwę na VEB Kamerafabrik Freital. Ostatni aparat pod nazwą Beier został wyprodukowany dziesięć lat później, czyli w 1982 roku.

W roku 1966 firma wypuściła na rynek aparat pod nazwą Beroquick SL 125, i była to eksportowa wersja aparatu Beier Beirette VS. Oba są kompaktami małoobrazkowymi, na film 35 mm. Beroquick SL 125 jest aparatem wyposażonym w trzy czasy otwarcia migawki: 1/30, 1/60, 1/125 i dodatkowo w czas „bulb”. Migawka zamontowana w obiektywie to PRIOMAT, produkowana od roku 1952 przez firmę Zeiss Ikon. Przysłony, których możemy używać w modelu SL 125 przedstawiają się w zakresie od 2.9 do 22. Konstruktorzy z niemieckiej fabryki Beiera zastosowali ciekawe patenty w pierścieniach ustawiających czasy otwarcia migawki i ustawiania przysłon. Kręcąc pierścieniem ustawiania czasów równocześnie zmieniamy dane dotyczące czułości błony (DIN i ASA), a czułości ASA, czyli dzisiejsze ISO możemy ustawić tylko od 25 do 125, a więc bardzo, bardzo skromnie. Podobnie sytuacja ma się do ustawiania przysłon – kręcąc pierścieniem przysłon ustawiamy równocześnie piktogramy (chmurki i słoneczka), które są pomocne dla osób nieznających się na obsłudze aparatu. Po prostu, gdy świecie słońce ustawiamy na słoneczko, gdy jest pochmurnie ustawiamy na chmurkę – prawda, że proste, łatwe i przyjemne? :)

Beroquick SL 125 jest wyposażony w sanki do lampy błyskowej oraz w gniazdo synchronizacji z lampą błyskową, co jak na prosty kompakt jest sporą niespodzianką. Aparat posiada również miejsce na zamontowanie wężyka spustowego, które znajduje się tuż obok przycisku do zwalniania migawki. Wizjer tego maleńkiego aparatu jest równie mały jak sam aparat, posiada jednak ramkę w środku, która ułatwia kadrowanie. Licznik klatek umieszczony jest z tyłu aparatu, po lewej stronie od wizjera. Bardzo ciekawe jest zastosowanie w komorze filmu dociskowej blaszki, która ma na celu dociskanie filmu podczas przewijania kolejnych klatek.

Obiektyw modelu SL 125, czyli Meritar 2.9/45 mm został wyprodukowany przez niemiecką firmę optyczną Ernst Ludwig, a złożony jest z trzech grup soczewek. Przednia soczewka posiada powłoki antyrefleksyjne w niebieskawym odcieniu. Ostrość tym Meritarem możemy ustawić od 60 cm do 10 m, plus nieskończoność.

Podsumowując te piękne „maleństwo” chciałbym zwrócić uwagę, że aparat został wykonany z metalu i mimo małych rozmiarów (11cm x 7,5 cm x 7 cm), waży całkiem sporo jak na kompakt. Beroquick SL 125 był adresowany dla przeciętnego obywatela – fotoamatora, tak więc nie zachwyca bogactwem czasów otwarcia migawki, i nie rzuca na kolana funkcjami. Miał to być prosty aparat, dla kompletnych amatorów, a potwierdzeniem moich słów mogą być piktogramy (słoneczka i chmurki), które pomagały osobie wykonującej zdjęcia w uzyskaniu odpowiedniej ekspozycji w danych warunkach oświetleniowych. Myślę, że aparat spełnił swoją rolę i dzięki dobremu obiektywowi wiele rodzin z lat 60′ i 70′ ma w swoich albumach wiele fotografii wykonanych aparatem Beroquick SL 125, lub „bratem bliźniakiem” Beier Beirette VS. Obecnie aparacik ten zasługuje na uznanie kolekcjonerów i powinien być ozdobą niejednej kolekcji, bo wykonywanie nim zdjęć w czasach obecnych uważam za ogromny fanatyzm analogowego „pstrykania”.

 

 

Porst Compact Reflex S – aparat produkowany w Japonii przez Cosinę dla niemieckiego dystrubutora. Zdjęcia poglądowe.

Czy produkcja aparatu fotograficznego może okazać się bardziej opłacalna w obcym państwie? Oczywiście, że tak – przykładem może być produkcja w Niemczech dla ILFORDA, opisana w poprzednim poście. Niemcy jednak również mają swoją markę, która zlecała produkcję aparatów w innym państwie – w Japonii. Mam na myśli niemieckiego dystrybutora, który działał na rynku fotograficznym już od 1919 roku, pod nazwą PORST. Firma powstała w Norymberdze, na terenie Niemiec, założycielem tejże marki był Hans Porst. Pod marką PORST kryją się aparaty takich producentów jak: Cosina, Balda, Franka, Fuji, Mamiya, Yashica, Taron, i wiele innych. W roku 1996 PORST stał się największą siecią sklepów fotograficznych w Niemczech. Od 2002 roku prawa do nazwy PORST ma niemiecka firma Ringfoto.

Około roku 1977 na rynek została wprowadzona lustrzanka jednoobiektywowa pod nazwą PORST Compact Reflex S. Aparat ten był produkowany przez japońską COSINĘ, firmę, która produkowała aparaty m.in. dla Nikona. W chwili obecnej COSINA skoncentrowała się głównie na produkcji obiektywów (Voigtländer i Zeiss) oraz aparatów dalmierzowych, Voigtländer Bessa oraz Zeiss Ikon.

Wracając do aparatu PORST Compact Reflex S, jest to lustrzanka małoobrazkowa, która jest wierną kopią COSINY CSM, lecz wizualnie aparaty różnią się lekko od siebie. Aparat został wyposażony w migawkę płócienną o przebiegu poziomym, a sterowana jest przez elektromagnes. Migawka posiada zasób czasów od 4 sekund do 1/1000 sekundy plus czas „B”. Czas synchronizacji z lampą błyskową wynosi 1/60 sekundy. Elektronika wprowadzona do aparatu ma swoje wady – gdy baterie (typ SR/LR44) rozładują się, mamy do dyspozycji tylko jeden czas mechaniczny, który otwiera migawkę tylko na czasie 1/50 sekundy.
Matówka posiada poziomy klin i mikroraster, co bardzo ułatwia ustawianie ostrości. Pokrycie matówki z obrazem oscyluje w granicach 93%, co jest bardzo dobrym wynikiem. W wizjerze, który jest duży i jasny mamy widoczne diody, które wskazują nam czy zdjęcie jest dobrze naświetlone. Patrząc przez wizjer widzimy do góry dwie strzałki, jedna z lewej, druga z prawej strony, a po środku kropeczkę, gdy zdjęcie jest prawidłowo naświetlone to kropeczka musi mieć kolor zielony. Pomiar światła w Compact Reflex S jest mierzony w systemie TTL, czyli przez obiektyw, dzieje się to przy użyciu czujników CdS.
Elektronika znalazła również swoje zastosowanie w działaniu samowyzwalacza, z 10 sekundowym opóźnieniem. Obok samowyzwalacza jest czerwona dioda, która sygnalizuje jego pracę.
Mimo wprowadzenia elektroniki, aparat ma sporo funkcji czysto mechanicznych, wymagających ręcznej obsługi. Naciąg migawki odbywa się za pomocą tradycyjnej dźwigienki znajdującej się po prawej stronie aparatu, u góry. Ustawianie czasów otwarcia migawki i zmiana czułości filmu (od 25-3200 ISO) również odbywa się ręcznie, za pomocą pokrętła, obok spustu migawki. Spust migawki ma funkcję blokady ekspozycji, a odbywa się to za pomocą przełącznika A-L, zamontowanego wokół spustu.
Skończony film trzeba zwinąć z powrotem do kasetki, PORST Compact Reflex S nie posiada jednak automatycznego zwijania kliszy – tą czynność wykonuje się to kręcąc tradycyjną korbką znajdującą się z lewej strony, u góry aparatu.
Kończąc opis samego korpusu muszę stwierdzić, że PORST Compact Reflex S, produkowany przez Cosinę to bardzo dobra lustrzanka. Główne zalety aparatu to: waga (540 gram, bez obiektywu), wymiary (136 x 83 x 51 mm, bez obiektywu) i przede wszystkim gwint M42, dzięki któremu do tego PORSTA możemy wykorzystywać świetne optycznie, a przy tym bardzo tanie obecnie obiektywy.

Standardowo mocowany obiektyw do Compact Reflexa S, to PORST COLOR REFLEX MC AUTO 1:1.7/50mm, a więc bardzo jasna stałka, pozwalająca na wykonywanie zdjęć w pomieszczeniach bez użycia lampy błyskowej. Obiektyw ten posiada aż sześć soczewek, a przednia jest pokryta wieloma warstwami powłok antyrefleksyjnych. Do obiektywu można dokręcać filtry o średnicy 49.
Jeśli chodzi o zakres przysłon jakie możemy zastosować to przedstawiają się w zakresie od 1.7 do 16, a pierścień przysłon działa skokowo. Ten bardzo jasny obiektyw posiada również przełącznik AUTO – MANUAL, który pozwala na przymknięcie przysłony do wartości roboczej, a więc obserwacji kadru jaki wykonamy, jeszcze przed zrobieniem zdjęcia.
Ostrość możemy ustawić już od 50 cm, kończąc na 10 metrach, plus nieskończoność. Na pierścieniu ostrości mamy również parametry opisane w stopach.

Podsumowując moje dzisiejsze zapiski, które starałem się przedstawić najprostszym językiem uważam PORSTA Compact Reflexa S, za bardzo dobry aparat fotograficzny wyposażony dodatkowo w mega jasny obiektyw. Japoński producent w niewielkim stopniu zastosował w tym modelu systemy elektroniczne, i chwała mu za to – jednak jeden czas mechaniczny, to stanowczo za mało jak na aparat tak znanej marki, jaką była w tamtym czasie Cosina. Prawda jest taka, że idąc na zdjęcia z PORSTEM Compact Reflexem trzeba pamiętać o zapasowych bateriach, inaczej możemy się tylko rozczarować, mając do dyspozycji czas 1/50.
Bardzo bym chciał, aby ten 36 letni sprzęt był wykorzystywany w obecnych czasach i bardzo prawdopodobne, że tak może się stać, ponieważ w chwili obecnej mamy powrót do fotografii analogowej wśród młodych ludzi. PORST oferuje spory zakres czasów, dobry obiektyw, a przede wszystkim bez dwóch zdań jest lepszy od radzieckich Zenitów, które obecnie wracają do łask dzięki młodzieży – tylko czy „pstrykanie” analogiem nie jest dzisiaj tylko zwykłym lansem? Tym pytaniem kończę swoją wypowiedź i zapraszam do obejrzenia zdjęć aparatu i kilku zdjęć mojego autorstwa, wykonanych tym egzemplarzem.

Zawiła historia niepozornego aparatu – ILFORD SPORTSMAN L. Aparat cenionej angielskiej marki, produkowany w Niemczech.

Każdy kto interesuje się fotografią analogową doskonale zna firmę Ilford, założoną przez Alfreda Hugha Harmana, w roku 1879 w angielskim miasteczku o takiej samej nazwie co firma – obecnie Ilford jest dzielnicą Londynu. Przedsiębiorstwo od początku istnienia zajmowało się głównie produkcją materiałów fotograficznych, filmów kolorowych i czarno-białych, te drugie po dziś dzień są flagowym produktem firmy. Ilford zajmował się także produkcją aparatów fotograficznych, pierwszy model wyprodukował w 1902 roku i był to aparat skrzynkowy pod nazwą: Ilford Falling Plate. Pod koniec lat pięćdziesiątych marka Ilford zleciła niemieckiej firmie Dacora produkcję aparatów małoobrazkowych pod nazwą Ilford Sportsman. Różne modele tych aparatów było produkowane w Niemczech w latach 1957-1967.

Pierwszy Ilford Sportsman L został wyprodukowany około roku 1963 i był „bratem bliźniakiem” aparatu Dacora Dignette L, którego produkcja rozpoczęła się również w tym samym roku. Sportsman L był modelem niezwykle popularnym w Europie, głównie w Holandii. Aparat ten posiadał co najmniej trzy wersje obiektywu – Color-Subitar, Cassar i Color-Isconar – każdy o jasności 2.8 i ogniskowej 45mm. Mój egzemplarz posiada obiektyw Color-Subitar, produkowany przez ISCO Optische Werke Göttingen, a migawka wmontowana w obiektyw to Prontor 250. Czasy otwarcia migawki przedstawiają się następująco: 1/30, 1/60, 1/125, 1/250 i B. Przysłony z których możemy korzystać wynoszą od 2.8 do 22, a pierścień ustawiania przysłon chodzi płynnie, nie jest skokowy. Ostrość ustawiamy „na oko”, a odległości na obiektywie pozwalają na ostrzenie od 1-10m plus nieskończoność.
Producent wyposażył ten kompakt małoobrazkowy w światłomierz selenowy, masowo stosowany w aparatach fotograficznych w połowie XX wieku. Odczytu dokonujemy na górze aparatu, w okrągłym okienku znajdującym się obok sanek do lampy błyskowej. Ilford Sportsman L posiada także gniazdo synchronizacji z lampą błyskową, znajdujące się na froncie aparatu. Przycisk do zwalniania migawki również został zamocowany z przodu aparatu, po prawej stronie obiektywu.
Wizjer tego modelu mógłby być większy i jaśniejszy, ale ramka znajdująca się środku pomaga w doborze odpowiedniego kadru. Prawie zapomniałem o ciekawym „patencie”, który znajduje się na spodzie aparatu, producent zainstalował tam licznik klatek – takie rozwiązanie nie jest jednak domeną tylko tego aparatu, ponieważ wiele innych również posiada licznik klatek właśnie w tym miejscu. Jeśli jesteśmy przy spodzie aparatu, to gniazdo statywowe jakie posiada Ilford Sportsman L jest klasyczne i ma gwint 1/4″.

Jak pokazuje opis Ilforda Sportsmana L, nawet historia zwykłego jakby się mogło wydawać aparatu małoobrazkowego może okazać się ciekawa i zainteresować nawet laika. Mnie bardzo zainteresował fakt, że porządna angielska marka zleca wykonanie aparatu firmie z Niemiec, która nie oszukujmy się, nie jest i nie była potentatem w produkcji aparatów fotograficznych. Firma Dacora produkowała aparaty dla Ilforda przez 10 lat, także ten wątek też jest bardzo ciekawy, zapewne chodziło o pieniądze – bardziej opłacalna była produkcja aparatów w Niemczech niż w Wielkiej Brytanii.

Sportsman L to aparacik, który w czasach dzisiejszych nie budzi wielkich emocji, lecz w latach produkcji był bardzo popularnym modelem i chętnie kupowanym u nas w Europie. Solidnie wykonany kompakt był na wyposażeniu wielu rodzin w Niemczech i Holandii, gdzie był najpopularniejszy. Ilford Sportsman L, nie był cudem techniki, lecz jego niezawodność była przyczynkiem do spopularyzowania fotografii wśród ludzi pochodzących ze średnich klas społecznych.


Pierwsza i najstarsza fabryka fotograficzna – w 1756 roku w Wiedniu powstaje Voigtländer – producent wielu doskonałych aparatów, w tym kompaktów takich jak: Voigtländer VITORET D.

Fotografia to dziedzina nauki, która rozwijała się niemal na każdym kontynencie i w każdym kraju. Firma Voigtländer swoje pierwsze kroki zaczęła stawiać już w 1756 roku w stolicy Austrii – Wiedniu. Przedsiębiorstwo zajmujące się optyką i mechaniką zostało założone przez Johanna Christophera Voigtländera. Voigtländer produkował w Austrii głównie obiektywy (m. in. słynny obiektyw Petzvala wyprodukowany w 1840 roku) oraz pierwszy na świecie aparat fotograficzny pod nazwą Ganzmetallkamera (był to dagerotyp wyprodukowany w 1841 roku) – wykonany został jak sama nazwa wskazuje z metalu. Wnuk Johanna Christophera Voigtländera, Peter Voigtländer, założył w Brunszwiku (Niemcy) w roku 1849 oddział pierwszej fabryki produkującej aparaty i sprzęt fotograficzny na masową skalę. 

Seria VITORET była produkowana od 1961 do 1971 roku, czyli stosunkowo długo. Aparaty tej serii różniły się od siebie oznaczeniami (były to np. Voigtländer VITORET D, Voigtländer VITORET DR, Voigtländer VITORET F itp.). Różnice polegały również na posiadaniu przez aparat dalmierza, światłomierza bądź różnych obiektywów. Voigtländer VITORET D, to tylko jeden z ogromu aparatów wyprodukowanych przez firmę Voigtländer. Seria VITORET D powstała w roku 1961 i była bardzo udana, a główny sukces polegał na niskiej cenie produktu łącząc przy tym dobrą jak na owe czasy jakość (czy w obecnych czasach możemy liczyć na taki produkt? Odpowiedź zostawiam czytelnikom.).

VITORETY należały do kompaktów małoobrazkowych na film 35 mm. Aparat Voigtländer VITORET D z obiektywem LANTHAR 2,8/50 mm został wyposażony w migawkę Prontor 125, a zakres czasów przedstawia się następująco: 1/125, 1/60, 1/30 i czas „B”. Przysłony, których możemy użyć wynoszą od 2,8 do 22 – ciekawostką jest, że otwór przysłony 22 ma kształt prostokąta! Ostrość oczywiście ustawiamy „na oko” kręcąc pierścieniem ustawiania ostrości w zakresie od 1 do 20 m + nieskończoność. Sam obiektyw LANTHAR ma piękne powłoki na przedniej soczewce w odcieniach niebiesko-fioletowych.

Aparat został również wyposażony w światłomierz selenowy, a jak wiemy stosowany wtedy na potęgę selen po upływie wielu lat traci swe właściwości. Jednak producent miło zaskoczył przyszłych użytkowników Voigtländera VITORETA D i na światłomierzu można było ustawić ASA od 12 – 3200 – szczególnie ta druga wartość zasługuje na spore uznanie.
Przechodząc do wizjera to również możemy się pozytywnie zaskoczyć – wizjer jest bardzo duży i jasny – co w kompaktach nie jest regułą, a nawet w lustrzankach nie zawsze możemy się cieszyć takim „luksusem”.
Kolejną ciekawostką tego maleńkiego aparatu jest bardzo lekko działający naciąg migawki – gdy pierwszy raz naciągnąłem migawkę swoim egzemplarzem byłem przekonany, że jest uszkodzony, a tu niespodzianka – ten typ tak ma. Gdy już naciągniemy migawkę, chcemy ją wyzwolić, co czynimy przyciskiem spustu migawki umieszczonym w dość nietypowym miejscu – na przedniej ściance aparatu. Przycisk, a właściwie moim zdaniem „suwak” trzeba nacisnąć dość mocno.

Aparacik jak na kompakt mile zaskoczył mnie wykonaniem – jest metalowy ale w części pokryty skórą. Producent zadbał również o powłoki na obiektywie, które są dobrej jakości i mimo upływu lat nadal cieszą oko swoją piękną barwą. Sam obiektyw jest jasny, ale właściwie typowy do obiektywów montowanych w aparatach w latach sześćdziesiątych. Nagminnie używany selen nie ominął również Voigtländera VITORETA D – lecz firma zaskoczyła zakresem ISO wynoszącym maksymalnie 3200.
W XXI wieku, w dobie aparatów cyfrowych, używanie Voigtländera VITORETA D jest pewnego rodzaju powrotem do korzeni fotografii i jest raczej zarezerwowany dla ludzi z pasją i miłością do antyków.