Moje podsumowanie 41. Jesieni na Pałukach. Opis i zdjęcia.

Dzisiaj mijają dwa tygodnie od zakończenia tegorocznej 41. Jesieni na Pałukach, która rok w rok odbywa się w Żninie w obrębie baszty i uliczek prowadzących na rynek. Fotokolekcja miała zaszczyt po raz trzeci z rzędu pojawić się ze swoim stoiskiem i wystawić małą część swojej kolekcji. Najważniejsze, że pogoda dopisała, było ciepło i słonecznie. Na dwóch poprzednich edycjach Jesieni na Pałukach aura była fatalna, było zimno, wietrznie i niestety deszczowo. Podczas tegorocznego jarmarku wystawiłem 25 aparatów fotograficznych, a wśród nich ogromny studyjny aparat GLOBICA (format 18 x 24 cm) wyprodukowany dokładnie w maju 1972 roku. Aparat ten nabyłem zimą 2015 roku w opłakanym stanie, praktycznie żadnego pokrętła nie szło ruszyć. GLOBICA przeszła gruntowną (amatorską) renowację, którą wykonałem wspólnie z moim tatą. Więcej na temat tego aparatu i jego renowacji przedstawię już niedługo w oddzielnym wpisie.

Tak jak co roku podczas tej pięknej imprezy ludowej spotałem wiele ciekawych osób. Z tych wielu wybrałem dwie, które zapadły mi w pamięci najbardziej. Jedną z tych osób był starszy, bardzo miły Pan (w wieku około 75 – 80 lat). Był zafascynowany każdym z aparatów, co nie zawsze się zdarza. Jednak jego uwaga skupiona była głównie na obiektywie od wielkoformatowej GLOBICI, czyli na popularnym ale i bardzo cenionym TESSARZE 4,5/250 mm. W trakcie rozmowy ten starszy Pan opowiadał jak wykonywał zdjęcia w młodości i jak sam je wywoływał – chyba te aparaty i ta wystawa przypomniały mu dawne i piękne czasy. Drugą osobą, która zapadła mi w pamięci, i która pewnie na zawsze w mej pamięci będzie to niewidoma dziewczynka, która była na Jesieni na Pałukach wspólnie z mamą (notabene są to moje sąsiadki). Nie mam kompletnie doświadczenia z osobami niewidomymi bądź słabowidzącymi ale wydaję mi się, że dość dobrze tłumaczyłem Weronice co w danej chwili dotyka i do czego to służy. Powiem szczerze, że sprawiało mi to przyjemność, że być może dzięki mnie Weronika dowie się czegoś nowego i dotknie czegoś czego nigdy nie miała okazji dotykać, bo jak wiadomo w muzeach jest zakaz dotykania eksponatów (na szczęście już powoli się to zmienia). Co ciekawe sąsiadki nie miały pojęcia, że jestem kolekcjonerem starych aparatów fotograficznych, więc wystawa spełnia swoją rolę – chęć „rozreklamowania” mojej „kolekcjonerskiej działalności”.

Pod koniec jarmarku, czyli około godziny 16:00 w końcu wyrwałem się ze swojego stoiska i poszedłem obejrzeć co do zaoferowania mają rękodzielnicy ludowi. Jak się okazało było co oglądać i podziwiać. Rzeźby, obrazy, haftowane obrusy, własne wyroby mięsne i wiele, wiele innych pięknych i smacznych rzeczy można było oglądać i oglądać bez końca. Ludzie, którzy zajmują się takim rękodziełem to po prostu wielcy artyści, a niestety takich osób jest coraz mniej, więc tym bardziej warto odwiedzać co roku Jesień na Pałukach. Zapraszam za rok!

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Jesień na Pałukach 2016

Aparat SOHO MYNA ALL DISTANCE – brytyjski elegant!

Od zawsze fascynują mnie małe, nieznane, ale ciekawe przedsiębiorstwa związane z fotografią. Tym razem przybliżę troszkę aparat brytyjskiej firmy SOHO LTD. z Londynu produkującej aparaty fotograficzne (przy współpracy m.in. z firmą Kershaw z Leeds) od 1929 do 1947 roku, a więc bardzo krótko porównując działalność tej firmy do innych marek takich jak np. Voigtlander czy Kodak, które mają tradycje fotograficzne sięgające właściwie setek lat. Londyńska fabryka wypuściła na rynek około 11 różnych modeli aparatów w tym wiele ciekawych perełek kolekcjonerskich, takich jak np. SOHO REFLEX (lustrzany aparat wielkofomatowy) lub SOHO PILOT.

W roku 1937 firma SOHO LTD. zaczęła sprzedawać średnioformatowe apraraty (format zdjęć 6×9 cm) SOHO MYNA ALL DISTANCE, które wyszły na rynek w dwóch wersjach: SOHO MYNA ALL DISTANCE (ja posiadam właśnie ten model) i SOHO MYNA ALL DISTANCE MODEL SK12. Obie wersje aparatu były niesamowicie prostymi konstrukcjami. Różnice między modelami polegały na różnych płytkach obiektywowych oraz na wyciągu miechów. W modelu SK12 miech wysuwał się równocześnie z otwieraną klapką aparatu i był troszeczkę inaczej skonstruowany, a w podstawowym modelu ALL DISTANCE fotografujący musiał samodzielnie wysunąć miech po wcześniejszym otwarciu klapy aparatu.

Przejdźmy teraz do opisu możliwości technicznych tego cacka – choć możliwości były niestety niewielkie ponieważ aparaty skierowane były do kompletnych fotoamatorów. Czas otwarcia migawki był tylko jeden: 1/40 sekundy (oznaczony na płycie obiektywu jako „I”) + czas T – polegający na otwarciu migawki przez użytkownika tak długo jak potrzeba. Obiektyw ma stałą przysłonę wynoszącą F16. Jeśli chodzi o możliwość ustawienia ostrości to mamy tylko dwie opcje do wyboru: NEAR – czyli „w pobliżu” (około 1,5 m) oraz FAR – czyli „daleko” (od około 2 m do nieskończoności).

Obudowa tego brytyjskiego eleganta została wykonana z metalu, który został pokryty czarną lekko pomarszczoną okleiną, która szczerze mówiąc prezentuje się wyśmienicie i doskonale imituje coś w rodzaju naturalnej skóry. Pozostałe elementy metalowe są porządnie pokryte pięknym chromem, który mimo upływu 79 lat wygląda niemalże jak nowo położony.

Po raz drugi spotykam się z aparatem, który soczewkę obiektywu ma schowaną za migawką – choć wiem, że jest więcej aparatów z takim właśnie rozwiązaniem – m.in. No. 1A Folding Pocket Kodak, Model D, którego również posiadam w swojej kolekcji. Na koniec mała ciekawostka – aparat SOHO MYNA ALL DISTANCE po wejściu na rynek kosztował tylko… 15 szylingów, a dla jeszcze bardziej ciekawych dodam, że kiedyś w Wielkiej Brytanii 1 funt równał się 20 szylingom. W dzisiejszych czasach aparat ten jest rzadko spotykany w Polsce, lecz w krajach brytyjskich jest to aparat mniej więcej tak popularny jak Druh w naszym kraju, który był produkowany przez WZFO.

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

SOHO MYNA ALL DISTANCE

Aparat VEGA II, czyli Czechosłowackie maleństwo z „maleńkim oczkiem” produkowane w Spółdzielni Druopta Praha.

W czasach gdy Czechy i Słowacja tworzyły jedno państwo – Czechosłowację, w Pradze a więc w stolicy tego kraju istniała fabryka, która zajmowała się produkcją aparatów fotograficznych. Była to firma DRUOPTA – która tak właściwie była spółdzielnią pracy. Założona została w 1950 roku, choć co ciekawe według mojej wiedzy jednym z pierwszych aparatów, który został wyprodukowany w tej fabryce pochodzi z 1949 roku (więc być może firmę założono wcześniej?), a jest to aparat VEGA, który występował właściwie aż w czterech różnych wersjach: VEGA, VEGA II, VEGA III oraz VEGA IV. Napisałem, że jednym z pierwszych był aparat VEGA, bo prawdopodobnie pierwszy był REX I (informacje znalezione w sieci) – prototyp VEGI. DRUOPTA  produkowała jeszcze kilka innych aparatów, głównie wykonanych z bakelitu, ale nie tylko. Do „rodzinki” należały także aparaty: Druoflex, Corina, Corta, Druex, Efekta, Fit II, Fokaflex (produkowany już od 1945 roku przez firmę Heskẏ, lecz DRUOPTA zaczęła jego produkcję w 1950 roku), Inka, Pionyr (Pioneer), RIX oraz Stereokamera. Postaram się nieco przybliżyć „sylwetkę” aparatu VEGA II, a więc jednemu z najstarszych produkowanych przez firmę DRUOPTA.

Małoobrazkowy aparat fotograficzny VEGA II był produkowany w latach 1949 – 1951 (w tym samym czasie był dostępny na rynku aparat VEGA (bez napisu na aparacie), natomiast VEGA III można było kupić w okresie 1957 – 1958 – w trzeciej wersji zostały zamontowane sanki na lampę błyskową). Aparat VEGA IV był najprawdopodobniej produkowany w tych samych latach co wersja trzecia. Wszystkie wersje były do siebie niemal bliźniaczo podobne wizualnie – różnice pojawiały się jeśli chodzi o aspekty techniczne. VEGA w wersji drugiej wyposażony był w centralną migawkę ETAXA (lub CHRONTAX), obie migawki posiadały następujące czasy otwarcia migawki: 1/10, 1/25, 1/50, 1/100, 1/200 + czas „B” oraz „T” z obiektywami DRUOPTAR 4,5/50mm. Zakres przysłon wynosi od 4,5 do 16. Minimalna odległość ostrzenia zaczyna się od 75 cm. Jednak zdarzały się też VEGI II ze świetną i o wiele bogatszą w czasy naświetlania migawką COMPUR RAPID (1/1-1/500 + B) oraz w jaśniejszy obiektyw ETAR 3,5/50mm. Obiektywy w każdym z modeli aparatu VEGA zostały osadzone na metalowym tubusie, który należy wysunąć aby prawidłowo wykonać fotografię. Czechosłowaccy konstruktorzy nie wyposażyli VEGI II w blokadę chroniącą naświetloną klatkę przed wielokrotną ekspozycją, więc trzeba pamiętać aby po każdym wykonanym zdjęciu przesunąć film. Kolejną wpadkę „spece” z firmy DRUOPTA zaliczyli przy wizjerze lunetkowym w jaki zaopatrzony jest VEGA II. „Maleńkim oczkiem” z tytułu wpisu jest właśnie wyżej wymieniony wizjer przez który praktycznie nie można kadrować – jego średnica to niecałe 3mm! Podobny wizjer spotkałem tylko w niemieckim aparacie Balda Jubilette.

Opis techniczny tego „maluszka” mamy za sobą, teraz czas na opis wizualny. Twór Czechosłowackich projektantów nie należy do aparatów nad wyraz pięknych. Jest to prosty aparat bez niepotrzebnych udziwnień. Został wykonany z metalu – jest naprawdę solidny i ciężki jak na jego małe rozmiary. Front tak jak i tył aparatu został oklejony czarną okleiną skóropodobną, która po dziś dzień (mimo, że aparat ma już około 66 lat) prezentuje się bardzo dobrze.

Co do całej serii aparatów VEGA bardzo ciekawe jest zastosowanie aż sześciu różnych typów migawek – były to migawki: DRUO, ETAXA, VEBUR, COMPUR RAPID CHRONTAX i METAX. Na szczególną uwagę zasługuje montaż migawek VEBUR oraz COMPUR RAPID, które były stosowane w aparatach niemieckich.
Poniżej sporządziłem tabelę z typami obiektywów i migawek montowanych do poszczególnych modeli VEGI oraz do prototypu VEGI – aparatu REX I.

Model aparatu Rodzaj obiektywu Typ migawki
REX I (prototyp VEGI) Druoptar 4,5/50mm Druo 1/25-1/100 + B i T
VEGA Druoptar 4,5/50mm Druo 1/25-1/100 + B i T
VEGA II Druoptar 4,5/50mm Chrontax 1/10-1/200 + B i T
VEGA II ETAR 3,5/50mm Compur Rapid 1/1-1/500 + B
VEGA II Druoptar 4,5/50mm ETAXA 1/10-1/200 + B i T
VEGA III Druoptar 3,5/50mm Chrontax 1/10-1/200 + B i T
VEGA III ETAR 3,5/50mm ETAXA 1/10-1/250 + B i T
VEGA IV ETAR 3,5/50mm VEBUR 1/1-1/250 + B
VEGA IV ETAR 3,5/50mm METAX 1/1-1/400 + B
VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

VEGA II - DRUOPTA PRAHA

VEGA II – DRUOPTA PRAHA

DRUOPTA PRAHA - logo firmy

DRUOPTA PRAHA – logo firmy

DRUOPTA PRAHA - logo firmy

DRUOPTA PRAHA – logo firmy

Vredeborch N-BOX – skrzynkowy aparat fotograficzny mało znanej niemieckiej firmy z miasta Nordenham…

Świat fotografii, czyli różnego typu aparaty, różnego rodzaju firmy to temat na bardzo, bardzo grubą książkę, a raczej na wielotomowe wydawnictwo. Do napisania dzisiejszego wpisu skłonił mnie spis moich aparatów, który powoli tworzę w wolnych chwilach (m.in. spisuję numery seryjne body oraz obiektywów). Ostatnim aparatem jaki zindeksowałem był aparat firmy Vredeborch, która została założona w 1945 roku w niemieckim mieście Nordenham, które położone jest na wybrzeżu Morza Północnego. Mówiąc szczerze firma była dla mnie kompletnie anonimowa i właśnie to sprawiło, że zaciekawiłem się jej historią. Fabryka niestety działała stosunkowo krótko – aparaty przestała produkować w 1970 roku, ale co ciekawe upadłość firmy została ogłoszona dopiero szesnaście lat później, bo w 1986 roku. Od początku do końca działalności firma Vredeborch produkowała aparaty skrzynkowe (od 1953 roku produkowała różne aparaty jako podwykonawca, np. dla firmy Neckermann). Ciekawostką jest, że nazwa firmy pochodzi od zamku Vredeborch, który został wzniesiony na początku XV wieku (różne źródła podają, że było to w roku 1404, bądź w roku 1407).

W roku 1955, w fabryce firmy Vredeborch został wyprodukowany aparat Vredeborch N-BOX.  „N” w nazwie oznacza, że został on stworzony dla firmy wysyłkowej NeckermannN-Box to średnioformatowy aparat na błonę zwojową 120, wykonujący zdjęcia w formacie 6×9 (możliwość wykonania 8 zdjęć na jednej kliszy). Jest prostym aparatem skrzynkowym, jednakże wykonanym bardzo estetycznie, z eleganckim frontem. Obrotowa migawka tylko z jednym możliwym czasem naświetlania 1/30 sek. zamontowana w tym modelu sprawia wrażenie niezniszczalnej. Oczywiście producent wyposażył tego BOXa także w czas „B”, czyli „bulb”.

Obiektywem tego sprzętu jest standardowy menisk o ogniskowej 110mm, który posiada dwie wartości przysłony 11 oraz 16. Nie ma mowy o ustawianiu ostrości – ponieważ ma ona stałą wartość – jest niezmienna. Bardzo ciekawym patentem popisał się niemiecki producent, a mianowicie ten niepozorny aparacik został wyposażony we wbudowany żółty filtr – tak bardzo przydatny w fotografii plenerowej, głównie dzięki wzmacnianiu kontrastu zdjęć! Filtr ten możemy zacząć używać po przekręceniu pokrętła w prawą stronę, które znajduje się w literce „O”, na froncie aparatu w napisie „BOX”.

Vredeborch N-BOX był produkowany w dwóch wersjach – z gorącą stopką oraz identyczny aparat bez gorącej stopki. Mam to szczęście i posiadam tę bogatszą wersję, a więc mam możliwość podłączenia lampy błyskowej po zamontowaniu jej na gorącej stopce i podłączeniu do gniazda za pomocą kabelka.

Kadrowanie w N-BOXie jak to zresztą bywa w aparatach skrzynkowych jest nieco uciążliwe, ponieważ trzeba korzystać z powiedzmy sobie szczerze bardzo maleńkich „wizjerów” (2 okienka – jedno na górze aparatu, a drugie na bocznej ścianie, obok pokrętła do przesuwania kolejnych klatek błony światłoczułej).

Kwestie techniczną mamy za sobą, teraz kwestia wizualna i estetyczna. Niemiecki producent z nadmorskiego miasteczka stworzył całkiem ładne „pudełeczko” do robienia zdjęć. Aparat został wykonany z metalu, i oklejony okleiną, która całkiem dobrze imituje prawdziwą skórę. Dodając do tego niklowane elementy takie jak pokrętło przesuwu filmu lub gorąca stopka można śmiało nazwać ten aparat eleganckim. Elegancja ma swoje źródło również w prostocie, ponieważ firma Vredeborch postawiła na klasykę, czyli na aparat bez zbędnych „udziwnień”.

Szczerze powiedziawszy korci mnie aby kiedyś w przyszłości użyć tego aparatu bo mój egzemplarz jest w 100% sprawny technicznie oraz jest praktycznie jak nowy – bez żadnych śladów korozji. Vredeborch N-BOX to pozycja dla miłośników plastycznych kadrów, bo tak prostym obiektywem w jaki jest wyposażony ten box po prostu niemożliwe jest wykonanie fotografii ostrej jak żyleta. Plastyczne zdjęcia posiadają swój urok, a przy odpowiednich umiejętnościach i oczywiście przy odrobinie szczęścia można stworzyć zdjęcie, które do złudzenia będzie przypominać obraz. Tak więc kupujcie BOXy i twórzcie prawdziwe dzieła sztuki…

Na sam koniec przypomniało mi się, że firma Vredeborch posiada bardzo ciekawe logo, które możecie zobaczyć wraz ze zdjęciami aparatu, które są mojego autorstwa.

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

 

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Logo Vredeborch

Logo Vredeborch (logo zapożyczone ze strony www.collectiblend.com)

Pierwsza moja wystawa starych aparatów na jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Pierwsze koty za płoty. 21 września podczas 39 edycji „Jesieni na Pałukach”, czyli na jarmarku sztuki ludowej, który odbywa się w moim rodzinnym Żninie po raz pierwszy zaprezentowałem część mojej kolekcji starych aparatów fotograficznych. Prócz aparatów pokazałem również kilka światłomierzy oraz prasę i literaturę o tematyce fotograficznej. Zainteresowanie moim stoiskiem było bardzo duże, co było dla mnie miłą niespodzianką. Wielu ludzi przypominało sobie stare czasy, gdy robili zdjęcia na kliszy. Prócz zwykłych zjadaczy chleba moje stoisko odwiedzili ludzie bardzo związani z fotografią – np. Żniniak wykonujący zawód fotografa. Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie spotkanie starszego Pana, który pochodził z Wrocławia – jednakże wykłada on nauki związane z fotografią na uczelni w Tel Awiwie, w Izraelu. Jego wiedza była olbrzymia, a historie, które usłyszałem z jego ust zapadną mi w pamięci do końca życia. Voigtlanderem VAG, który posiadam w swej kolekcji owy nieznajomy z Wrocławia wykonuje zdjęcia do dnia dzisiejszego i bardzo chwali sobie jakość obiektywów montowanych w tym modelu aparatu.

Bardzo dziękuję każdemu, kto nie przeszedł obojętnie obok mojej wystawy – włożyłem wiele serca w przygotowania związane z tą wystawą. Na wystawie towarzyszył mi Pan Zdzisław z Bydgoszczy, który jest darczyńcą wielu aparatów z mojej kolekcji. Poniżej prezentuję zdjęcie na którym widać mnie, Pana Zdzisława oraz moje stoisko w całej okazałości.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku "Jesień na Pałukach" w Żninie.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Aparat Kodak DUAFLEX z obiektywem KODET 75mm/f15 – cacko produkowane w połowie XX wieku!

Dzisiaj chciałbym przedstawić kolejny z aparatów przeznaczonych dla amatorów fotografii żyjących w połowie XX wieku. Z dniem powstania pierwszego aparatu fotograficznego zainteresowanie fotografowaniem przejawiali nie tylko przedstawiciele burżuazji, ale i zwykli, przeciętni ludzie pracujący w fabrykach. Z myślą o mniej zamożnym kliencie powstał między innymi aparat Kodak DUAFLEX, który w połowie XX wieku kosztował jedyne 17 dolarów i 25 centów! Tak, tak – dobrze widzicie – ponad sześćdziesiąt lat temu aparat „małpka” dla przeciętnego obywatela kosztował niecałe 20 dolarów! Czyż to nie był piękny czas dla rozwoju fotografii?

Kodak DUAFLEX był produkowany w latach 1947-1950 przez znaną i cenioną przez każdego człowieka na ziemi firmę EASTMAN KODAK COMPANY w Rochester w Stanach Zjednoczonych. Jako ciekawostkę muszę dodać, iż spotkałem się również z tym samym modelem aparatu produkowanym przez CANADIAN KODAK COMPANY LTD. w Toronto w Kanadzie, ale to nie koniec ciekawostek – był też Kodak DUAFLEX również w pierwszej wersji, lecz produkowany w Anglii (KODAK LIMITED LONDON).
Modeli Kodaka DUAFLEXA były aż cztery – mój to pierwsza wersja tego aparatu – prócz tego były jeszcze wersje DUAFLEX II (1950-1954), DUAFLEX III (1954-1957) i DUAFLEX IV (1955-1960).

Technicznie Kodak DUAFLEX jest raczej kopciuszkiem wśród aparatów fotograficznych i wygląda bardzo blado wśród konkurencji. Czas otwarcia migawki po ustawieniu „suwaka” znajdującego się po prawej stronie aparatu na pozycję „I” wynosi 1/30 sekundy – ale jeszcze prócz tego mamy możliwość ustawienia czasu „B”. Aparat, tak jak nazwa wskazuje (przedrostek „dua”) posiada dwa obiektywy – tradycyjnie ten górny służy do kadrowania, a dolny odpowiada za wykonywanie zdjęć. Przysłona w obiektywie KODET o ogniskowej 75 mm ma wartość 15 i jest stała – nie możemy jej znienić – co sprawia, że aparatem można fotografować głównie na dworze i to w dodatku w mało pochmurne dni. Podobnie sprawa wygląda z ostrością – ostrość jest stała – w żaden sposób nie możemy ingerować w ustawienia ostrości (mimo wszystko zdjęcia wykonane tym aparatem, które poszukałem w sieci wyglądają bardzo dobrze – kontrast jest bardzo dobry, a ostrość przyzwoita).
Kolejną ciekawostką jest sprawa flesza – poszperałem trochę w sieci i doszukałem się informacji, że do Kodaka DUAFLEXA można podłączyć lampę błyskową Kodaline poprzez specjalny uchwyt. Ciekawa jest także szklana „lupa” – wizjer – który jest bardzo duży co sprawia, że kadrowanie jest całkiem łatwe nawet dla laika. Aparaty z serii DUAFLEX musiały być wyposażone w film 620, na którym można było wykonać 12 kwadratowych zdjęć w formacie: 2,5 x 2,5 cala. Od 1990 roku Kodak zaprzestał produkcji tych filmów, podobnie inne firmy. Na szczęście posiadając szpulki od filmu 620, można pewnym sposobem nawinąć film średnioformatowy 120 i cieszyć się w pełni aparatem tym aparatem.

Konstrukcyjnie aparat został solidnie zbutowany mimo, że głównym materiałem z którego jest zrobiony jest bakelit (wiele elementów obudowy to stop aluminium).

Kodak DUAFLEX zapewne w dzisiejszych czasach jest używany tylko i wyłącznie przez maniaków fotografii analogowej, ale raczej tylko w celach testowych. Niewątpliwie w długiej historii firmy EASTMAN KODAK były aparaty o wiele bardziej zaawansowane, lecz wielkim plusem serii DUAFLEX była cena – były to jedne z tańszych aparatów z listy wyprodukowanych przez KODAKA (oczywiście były i takie za niecałe 5$ :)).

P.S. Aparacik ten pochodzi z „tajemniczej” walizki od Pana Zdzisława z Bydgoszczy. Serdecznie Panu dziękuję za podarowanie tylu ciekawych aparatów i innego sprzętu fotograficznego.

Kolekcja mocno się rozrasta. Tajemnicza walizka, a w środku… :)

Witam serdecznie po dość długiej przerwie – lato sprawia, że mniej siedzę przy komputerze, a więcej przebywam na łonie natury. Nie oznacza to jednak, że moja kolekcja stoi w miejscu. Wzbogaciłem się ostatnio o wiele różnorakiego sprzętu (aparaty, światłomierze, lampy błyskowe itd.) oraz o duże ilości prasy i literatury o tematyce fotograficznej. Głównym darczyńcą jest dawny znany Bydgoski fotoreporter – pan Zdzisław. Poniżej prezentuję 1/2 tego co otrzymałem od tego pana. Będzie o czym pisać i czym się pochwalić, a tymczasem uciekam sprzed komputera ale zapraszam wkrótce bo na pewno co nieco opiszę i przedstawię Wam drodzy czytelnicy. :)

Wywiad z panem Krzysztofem z Tychów – ofiarodawcą średnioformatowego aparatu START 66 S.

Dzisiaj nieco inny wpis. Postanowiłem przeprowadzić wywiad z człowiekiem, który podarował mi polski średnioformatowy aparat produkcji PZO (Polskie Zakłady Optyczne). Start 66 S jest prezentem od pana Krzysztofa z Tychów. Wkrótce opiszę dokładnie ten egzemplarz, a poniżej przedstawiam wywiad z osobą niezwykle sympatyczną i otwartą na innych ludzi. Serdecznie dziękuję panie Krzyśku za ten prezent. 

Dzień dobry panie Krzysztofie, na wstępie może krótko się pan przedstawi? Kim pan jest? Czym pan się zajmuje? 

Mam 40 lat, mieszkam w Tychach, pracuję na kopalni „Ziemowit” jako ślusarz-mechanik sprzętu spawalniczego, z wykształcenia jestem mgr inż. górniczym. 

Jak zaczęła się pana przygoda z fotografią? W jakim wieku zaczął się pan nią interesować? Jaki był pana pierwszy aparat? Ma pan jakiś ulubiony model aparatu? 

Przygoda z fotografią zaczęła się w „zamierzchłych” czasach od prób robienia zdjęć aparatem „DRUH” – średnio to wyszło ale wtedy poczułem to „coś” co nie pozwoliło zapomnieć o fotografii; miałem wtedy może ze 12 lat. Najpierwszym -jeśli tak można napisać- był właśnie wspomniany „DRUH” ale takim pierwszym „prawdziwym” aparatem była „SMIENA”. Nie mam ulubionego modelu jeśli chodzi o tradycyjne – celowo nie używam słowa analogowe, bo mnie to drażni – dlaczego to już zostawmy), a jeśli chodzi o cyfrowe, to ogólnie „CANON”. 

Czym dla pana jest fotografia? 

Hmmm – odskocznią od rzeczywistości, chwilowym wyłączeniem się, realizacją mojego hobby i próbą pokazania tego, czego inni nie widzą (lub nie chcą widzieć). 

Czy nadal pan fotografuje? Jeśli tak, to nadal analogowo, czy cyfrowo? 

Niestety ale sytuacja życiowa zmusiła mnie do tego, że już nie fotografuję w pełnym tego słowa znaczeniu; są to bardziej okazyjne zdjęcia przy okazji „czegoś”. Jeśli już, to obecnie cyfrowo, choć fotografowanie analogowo daje mi satysfakcję z robienia tego. 

W jakiej dziedzinie fotografii pan się najbardziej spełnia/spełniał? 

Krajobrazy (zwłaszcza górskie – kocham góry), kwiaty (rośliny) oraz świat makro. 

Jakie jest pana największe marzenie związane z fotografią? 

Zdobycie pełnoklatkowego „CANONA EOS 1D” wraz z kompletem jasnych obiektywów z serii „L”. 

Czy ma pan swojego ulubionego artystę? (fotografa, malarza, piosenkarza, itd.). 

Nie – tutaj jestem uniwersalny. 

Czym pan się kierował darując mi za darmo tak porządny aparat jakim niewątpliwie jest START 66S? 

Ponieważ wyczułem „podskórnie”, że jesteś porządnym człowiekiem i chciałbyś taki aparat mieć, a poza tym byłem całkowicie przekonany o tym, że trafi on w dobre i odpowiednie ręce, które będą wiedziały co z nim zrobić – jeśli on miałby u mnie marnować się, to lepiej jak u Ciebie pracuje czy po prostu się min cieszysz; trzeba podzielić się z drugim człowiekiem bezinteresownie. 

Na koniec zapytam jeszcze, jak fotografia wpłynęła na pana życie? 

Jakiegoś szczególnego zwrotu w moim życiu nie dokonała, natomiast w obserwowanej rzeczywistości przesuwającej się za oknem (np. siedząc w autobusie), układam sobie w myślach kompozycje do zdjęcia które bym zrobił, mając przy sobie aparat; staram się wydobyć z niej ten element malowniczości czy zaciekawienia oglądającego to hipotetyczne zdjęcie. 

Bardzo serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Ryszce z Tychów za udzielenie wywiadu, a także bardzo dziękuję za tak piękny aparat jaki pan mi podarował.

Kodak 56X INSTAMATIC CAMERA – mały i plastikowy aparat na film 126.

Dzieje aparatów fotograficznych są bardzo ciekawe, a firm produkujących analogowe „maszynki” do robienia zdjęć jest naprawdę mnóstwo. Są firmy bardzo nieznane i niszowe, ale wiele firm to właściwie legendarne koncerny fotograficzne. Jedną z najbardziej cenionych i znanych firm fotograficznych jest marka Eastman Kodak, założona w 1881 roku przez George’a Eastmana i inwestora Henry’ego Stronga. Serce firmy znajduje się w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej w Rochester, w stanie Nowy Jork. Ten ogromny koncern stał się pionierem we wprowadzaniu nowości w świecie fotografii. Kodak od początku istnienia firmy starał się docierać do amatorów i tym samym wprowadził na rynek jako pierwsza na świecie firma – aparat fotograficzny skierowany do amatorskiego użytku. Kolejnym ważnym punktem w dziejach firmy jest produkcja filmów fotograficznych w rolkach 35 mm, a więc popularyzacja standardu fotografii małoobrazkowej. Mimo sukcesu związanego z filmami 35 mm, ogromną popularnością cieszyły się aparaty na film 126, produkowane przez Kodaka od 1963 roku, a potem także aparaty na film 110, które zostały wprowadzone w 1972 roku. Aparaty na te nietypowe filmy zawdzięczały swą popularność niską ceną produktu, prostotą obsługi, a także niewielkimi wymiarami.

Jednym z bardziej popularnych aparacików Kodaka z serii ‚INSTAMATIC’ był Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA. Produkcję tego modelu rozpoczęto we wrześniu 1972 roku i trwała ona aż do 1977 roku. Ciekawostką jest to, że ten aparat był produkowany przez niemiecki oddział firmy (Kodak AG) i brytyjski (Kodak Ltd.) – mój egzemplarz został wyprodukowany w Wielkiej Brytanii.
Seria Kodak ‚INSTAMATIC’ została stworzona z myślą o bardzo słabo zaawansowanych amatorach – obsługa aparatu była banalna – a najtrudniejszym momentem dla fotografującego było chyba tylko włożenie wkładu 126 z filmem do środka aparatu. Żadnych ustawień odległości, żadnych ustawień czasu naświetlania, żadnych ustawień wartości przysłony – pełna automatyka. Po prostu wkładało się kasetkę z filmem, zamykało się tylną klapkę, naciągało się migawkę i można było tylko naciskać spust migawki.

Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA wykonywał zdjęcia w kwadracie 28 x 28mm na kliszy typu 126, która notabene była kliszą małoobrazkową, tyle tylko, że zapakowaną w specjalny plastikowy magazynek, który będzie przedstawiony na zdjęciach pod opisem aparatu.
Funkcje aparatu niestety nie powalają na kolana, ale czego oczekiwać po aparacie dla amatora amatorów? Prędkość migawki jest tylko jedna i wynosi 1/50 sekundy. Obiektyw jest bardzo „ciemny” i ma jasność  f 11, a ogniskowa wynosi 43mm – ostrość jest oczywiście stała, nie możemy jej zmieniać. Wizjer jest bardzo maleńki, tak więc kadrowanie może sprawić troszkę problemów. 

Do aparatu można używać „magicznej kostki”, czyli lampy błyskowej w formie kostki, która została wprowadzona na rynek konsumencki w 1970 roku. „Magiczne kostki” (Magicubes, lub inna nazwa X-Cube) wyglądały niemal identycznie jak flesze w formie kostek, które jednak potrzebowały baterii do uzyskania błysku, przez co Magicubes cieszyły się większą popularnością (Magicubes nie potrzebowały baterii do działania). Dzięki jednej kostce można wykonać cztery zdjęcia z błyskiem, ponieważ kostka błyskowa jest wyposażona w cztery żarówki, które podczas błysku spalają się, dzięki czemu dają efekt błysku – więc jest to produkt jednorazowy.

Budowa aparatu Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA jest bardzo prosta, ale aparacik jest wykonany dość estetycznie. Materiał z jakiego wykonano ten popularny produkt Kodaka to tworzywo sztuczne, które do złudzenia przypomina skórę. Producent postarał się o jakość plastiku, ponieważ aparacik sprawia wrażenie bardzo solidnego maleństwa. 

Seria aparatów kieszonkowych ‚INSTAMATIC’ produkcji Kodaka jest niesamowitą ciekawostką jeśli chodzi o fotografię analogową – sam pomysł wykorzystania magazynków z filmami 126 jest bardzo pionierski, zresztą tak jak przystało na wielką markę jaką niewątpliwie jest Kodak. Myślę, że wprowadzenie na rynek amatorski w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych tak małych i prostych w obsłudze aparatów było dobrym pomysłem, który przyniósł firmie ogromne dochody. Mimo wszystko uważam, że firma Eastman Kodak nie do końca wykorzystała potencjał jaki drzemał w aparatach kieszonkowych, ponieważ aparaty były dostępne głównie na rynku w Wielkiej Brytanii, USA i Niemczech, gdyby rozpowszechniła ten produkt w krajach wschodnich zyski firmy byłyby dwa razy większe. Dlaczego? Aparaty takie jak Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA były tanie, a jak wiadomo w krajach wschodu w latach 60′ i 70′ brakowało pieniędzy… Mało kogo było stać choćby na niemieckie Praktici.

Osobiście nie wykonywałem zdjęć Kodakiem 56X, z prostej przyczyny – z braku wkładów z kliszą 126 – prawdopodobnie ostatnia firma produkująca takie filmy to włoska FERRANIA, która produkowała te filmy aż do roku 2007. W sieci jest dostępnych wiele filmów wideo, na których jest pokazane jak przerobić kliszę małoobrazkową na film 126, jednak do tego potrzebny jest magazynek od oryginalnego filmu typu 126. 

ADOX Golf IIIA – aparat małoobrazkowy ze świetnym obiektywem Schneider-Kreuznach.

Aparaty kompaktowe bardzo często są ignorowane, i zamiast nich wielu ludzi wybiera lustrzanki, aby tworzyć wspaniałe fotografie. Czy taki wybór jest do końca słuszny? Moim zdaniem nie. Uzasadnię swoją wypowiedź dzięki produktowi niemieckiej marki ADOX (na początku Fotowerke Dr C. Schleussner GmbH), która została założona już w 1860 roku we Frankfurcie nad Menem. Firma stworzona przez Dr. Carla Schleussnera była pierwszym na świecie producentem materiałów fotograficznych. Chemia, filmy i papiery fotograficzne sprzedawane pod nazwą ADOX były i nadal są bardzo cenione wśród fotografów zajmujących się fotografią tradycyjną.
Od 1930 roku, aż do lat sześćdziesiątych firma produkowała również aparaty fotograficzne, m.in. małoobrazkowe (ADOX 300, ADOX Polomat i in.), średnioformatowe (ADOX Sport, ADOX 66 i in.), na film 127 (Adrette 3×4) i na specjalny film (Juka 3×4).

ADOX Golf IIIA, był jednym z ostatnich aparatów produkowanych przez firmę ADOX. Ten małoobrazkowy aparat był produkowany w latach 1964-1965. Niepozorny wygląd i rozmiary są bardzo mylące, ponieważ jest to aparat wyposażony w doskonały obiektyw niewymienny, firmy Schneider-Kreuznach. Niemiecki producent zastosował w tym modelu popularną centralną migawkę PRONTOR 500 LK, produkowaną przez rodzimą firmę Gauthier. Czasy otwarcia migawki wynoszą odpowiednio: 1/15, 1/30, 1/60, 1/125, 1/250, 1/500 plus oczywiście czas „B”. Obiektyw Radionar L 2.8/45mm jest złożony z trzech grup soczewek, więc jest to popularny tryplet, który rysuje niesamowicie ostre zdjęcia. Przednia soczewka posiada powłokę, bądź powłoki antyrefleksyjne w odcieniach fioletu. Ostrość ustawiamy „na oko”, a odległości w metrach wynoszą od 1m do 10m plus nieskończoność. Przysłonę można płynnie regulować, w zakresie od 2.8 aż do 22, a otwór przysłony jest zbliżony do pełnego okręgu. Na obiektywie jest również pierścień do ustawienia czułości błony filmowej, który możemy ustawić od 10-800 ASA.
ADOX Golf IIIA posiada również samowyzwalacz, usytuowany niemalże na pierścieniu do zmiany czasów otwarcia migawki – trzeba przyznać, że mechanizm ten pracuje niesamowicie cicho.
Dużym zaskoczeniem może być posiadanie przez takie maleństwo światłomierza, oczywiście wykonanego z królującego w tamtym czasie selenu. Wskazania światłomierza są widoczne w wizjerze aparatu i są bardzo proste do odczytania, po prostu gdy wskazówka pokrywa się ze wskazówką „z kółeczkiem” mamy poprawnie naświetlony kadr. Co do wizjera to też możemy się miło zaskoczyć, jest dość jasny i duży – posiada także ramkę, która ułatwia kadrowanie.
Do aparatu możemy podłączyć lampę błyskową poprzez sanki, znajdujące się tradycyjnie na górze aparatu, i za pomocą wężyka do synchronizacji, ponieważ aparat posiada takie gniazdo – umiejscowione na obiektywie.

Trzeba przyznać, że ADOX Golf IIIA posiada nietypowy wygląd, jak i również ciekawe rozwiązania techniczne. Bardzo ciekawie producent usytuował naciąg migawki – znajduje się on na dole, pod spodem aparatu i naciąga się go nie kciukiem prawej ręki, lecz kciukiem lewej ręki. Również pod spodem aparatu znajdują się:  gniazdo statywowe, licznik klatek i korbka, którą zwijamy naświetlony film.

Aparat ADOX Golf IIIA wywarł na mnie ogromne wrażenie – wygląda niepozornie, a drzemie w nim wielka siła przebicia. Spory zasób czasów otwarcia migawki, światłomierz (w moim modelu nadal sprawny), doskonały optycznie obiektyw, sprawiają, że ten mały kompakt, może konkurować z wieloma lustrzankami produkowanymi w latach sześćdziesiątych. Sprzęt wykonany bardzo solidnie, jak przystało na niemiecki produkt – do produkcji aparatu użyto metalu i naprawdę mocnego plastiku. W tym aparacie brakuje mi tylko dalmierza, i śmiem twierdzić, że gdyby go posiadał, to ADOX Golf IIIA byłby znany szerszej publiczności, choć dla mnie to i tak sprzęt z dużym potencjałem