Pierwsza moja wystawa starych aparatów na jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Pierwsze koty za płoty. 21 września podczas 39 edycji „Jesieni na Pałukach”, czyli na jarmarku sztuki ludowej, który odbywa się w moim rodzinnym Żninie po raz pierwszy zaprezentowałem część mojej kolekcji starych aparatów fotograficznych. Prócz aparatów pokazałem również kilka światłomierzy oraz prasę i literaturę o tematyce fotograficznej. Zainteresowanie moim stoiskiem było bardzo duże, co było dla mnie miłą niespodzianką. Wielu ludzi przypominało sobie stare czasy, gdy robili zdjęcia na kliszy. Prócz zwykłych zjadaczy chleba moje stoisko odwiedzili ludzie bardzo związani z fotografią – np. Żniniak wykonujący zawód fotografa. Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie spotkanie starszego Pana, który pochodził z Wrocławia – jednakże wykłada on nauki związane z fotografią na uczelni w Tel Awiwie, w Izraelu. Jego wiedza była olbrzymia, a historie, które usłyszałem z jego ust zapadną mi w pamięci do końca życia. Voigtlanderem VAG, który posiadam w swej kolekcji owy nieznajomy z Wrocławia wykonuje zdjęcia do dnia dzisiejszego i bardzo chwali sobie jakość obiektywów montowanych w tym modelu aparatu.

Bardzo dziękuję każdemu, kto nie przeszedł obojętnie obok mojej wystawy – włożyłem wiele serca w przygotowania związane z tą wystawą. Na wystawie towarzyszył mi Pan Zdzisław z Bydgoszczy, który jest darczyńcą wielu aparatów z mojej kolekcji. Poniżej prezentuję zdjęcie na którym widać mnie, Pana Zdzisława oraz moje stoisko w całej okazałości.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku "Jesień na Pałukach" w Żninie.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

39. Jesień na Pałukach – Żnin. Część mojej kolekcji aparatów będzie można zobaczyć 21 września!

Pałuki to piękny i jeszcze nie do końca odkryty region Polski. W tym regionie folklor ludowy ma szczególne znaczenie dla mieszkańców Żnina i okolic, a to za sprawą wielu rzeźbiarzy i hafciarek ludowych. Nic więc dziwnego, że w Żninie co roku odbywa się „Jesień na Pałukach” – jarmark sztuki ludowej i przegląd kapel i gawędziarzy ludowych. Jest to najstarsza i największa tego typu impreza w Polsce Północnej! Ilość uczestników wystawiających swoje rękodzieła waha się od stu kilkunastu do stu kiludziesięciu! Podczas tegorocznej 39. „Jesieni na Pałukach” będzie można zobaczyć część mojej kolekcji aparatów fotograficznych – z których co najmniej dwa mają ponad sto lat. Serdecznie zapraszam do odwiedzin mojego stoiska 21 września (niedziela) od godziny 9:00, które będzie stać na ul. Śniadeckich w Żninie – obok Banku Millenium. Poniżej plakat, który zapożyczyłem ze strony Żnińskiego Domu Kultury: http://www.zninskidomkultury.pl/.

39. Jesień na Pałukach

39. Jesień na Pałukach

Aparat Kodak DUAFLEX z obiektywem KODET 75mm/f15 – cacko produkowane w połowie XX wieku!

Dzisiaj chciałbym przedstawić kolejny z aparatów przeznaczonych dla amatorów fotografii żyjących w połowie XX wieku. Z dniem powstania pierwszego aparatu fotograficznego zainteresowanie fotografowaniem przejawiali nie tylko przedstawiciele burżuazji, ale i zwykli, przeciętni ludzie pracujący w fabrykach. Z myślą o mniej zamożnym kliencie powstał między innymi aparat Kodak DUAFLEX, który w połowie XX wieku kosztował jedyne 17 dolarów i 25 centów! Tak, tak – dobrze widzicie – ponad sześćdziesiąt lat temu aparat „małpka” dla przeciętnego obywatela kosztował niecałe 20 dolarów! Czyż to nie był piękny czas dla rozwoju fotografii?

Kodak DUAFLEX był produkowany w latach 1947-1950 przez znaną i cenioną przez każdego człowieka na ziemi firmę EASTMAN KODAK COMPANY w Rochester w Stanach Zjednoczonych. Jako ciekawostkę muszę dodać, iż spotkałem się również z tym samym modelem aparatu produkowanym przez CANADIAN KODAK COMPANY LTD. w Toronto w Kanadzie, ale to nie koniec ciekawostek – był też Kodak DUAFLEX również w pierwszej wersji, lecz produkowany w Anglii (KODAK LIMITED LONDON).
Modeli Kodaka DUAFLEXA były aż cztery – mój to pierwsza wersja tego aparatu – prócz tego były jeszcze wersje DUAFLEX II (1950-1954), DUAFLEX III (1954-1957) i DUAFLEX IV (1955-1960).

Technicznie Kodak DUAFLEX jest raczej kopciuszkiem wśród aparatów fotograficznych i wygląda bardzo blado wśród konkurencji. Czas otwarcia migawki po ustawieniu „suwaka” znajdującego się po prawej stronie aparatu na pozycję „I” wynosi 1/30 sekundy – ale jeszcze prócz tego mamy możliwość ustawienia czasu „B”. Aparat, tak jak nazwa wskazuje (przedrostek „dua”) posiada dwa obiektywy – tradycyjnie ten górny służy do kadrowania, a dolny odpowiada za wykonywanie zdjęć. Przysłona w obiektywie KODET o ogniskowej 75 mm ma wartość 15 i jest stała – nie możemy jej znienić – co sprawia, że aparatem można fotografować głównie na dworze i to w dodatku w mało pochmurne dni. Podobnie sprawa wygląda z ostrością – ostrość jest stała – w żaden sposób nie możemy ingerować w ustawienia ostrości (mimo wszystko zdjęcia wykonane tym aparatem, które poszukałem w sieci wyglądają bardzo dobrze – kontrast jest bardzo dobry, a ostrość przyzwoita).
Kolejną ciekawostką jest sprawa flesza – poszperałem trochę w sieci i doszukałem się informacji, że do Kodaka DUAFLEXA można podłączyć lampę błyskową Kodaline poprzez specjalny uchwyt. Ciekawa jest także szklana „lupa” – wizjer – który jest bardzo duży co sprawia, że kadrowanie jest całkiem łatwe nawet dla laika. Aparaty z serii DUAFLEX musiały być wyposażone w film 620, na którym można było wykonać 12 kwadratowych zdjęć w formacie: 2,5 x 2,5 cala. Od 1990 roku Kodak zaprzestał produkcji tych filmów, podobnie inne firmy. Na szczęście posiadając szpulki od filmu 620, można pewnym sposobem nawinąć film średnioformatowy 120 i cieszyć się w pełni aparatem tym aparatem.

Konstrukcyjnie aparat został solidnie zbutowany mimo, że głównym materiałem z którego jest zrobiony jest bakelit (wiele elementów obudowy to stop aluminium).

Kodak DUAFLEX zapewne w dzisiejszych czasach jest używany tylko i wyłącznie przez maniaków fotografii analogowej, ale raczej tylko w celach testowych. Niewątpliwie w długiej historii firmy EASTMAN KODAK były aparaty o wiele bardziej zaawansowane, lecz wielkim plusem serii DUAFLEX była cena – były to jedne z tańszych aparatów z listy wyprodukowanych przez KODAKA (oczywiście były i takie za niecałe 5$ :)).

P.S. Aparacik ten pochodzi z „tajemniczej” walizki od Pana Zdzisława z Bydgoszczy. Serdecznie Panu dziękuję za podarowanie tylu ciekawych aparatów i innego sprzętu fotograficznego.

Kolekcja mocno się rozrasta. Tajemnicza walizka, a w środku… :)

Witam serdecznie po dość długiej przerwie – lato sprawia, że mniej siedzę przy komputerze, a więcej przebywam na łonie natury. Nie oznacza to jednak, że moja kolekcja stoi w miejscu. Wzbogaciłem się ostatnio o wiele różnorakiego sprzętu (aparaty, światłomierze, lampy błyskowe itd.) oraz o duże ilości prasy i literatury o tematyce fotograficznej. Głównym darczyńcą jest dawny znany Bydgoski fotoreporter – pan Zdzisław. Poniżej prezentuję 1/2 tego co otrzymałem od tego pana. Będzie o czym pisać i czym się pochwalić, a tymczasem uciekam sprzed komputera ale zapraszam wkrótce bo na pewno co nieco opiszę i przedstawię Wam drodzy czytelnicy. :)

Wywiad z panem Krzysztofem z Tychów – ofiarodawcą średnioformatowego aparatu START 66 S.

Dzisiaj nieco inny wpis. Postanowiłem przeprowadzić wywiad z człowiekiem, który podarował mi polski średnioformatowy aparat produkcji PZO (Polskie Zakłady Optyczne). Start 66 S jest prezentem od pana Krzysztofa z Tychów. Wkrótce opiszę dokładnie ten egzemplarz, a poniżej przedstawiam wywiad z osobą niezwykle sympatyczną i otwartą na innych ludzi. Serdecznie dziękuję panie Krzyśku za ten prezent. 

Dzień dobry panie Krzysztofie, na wstępie może krótko się pan przedstawi? Kim pan jest? Czym pan się zajmuje? 

Mam 40 lat, mieszkam w Tychach, pracuję na kopalni „Ziemowit” jako ślusarz-mechanik sprzętu spawalniczego, z wykształcenia jestem mgr inż. górniczym. 

Jak zaczęła się pana przygoda z fotografią? W jakim wieku zaczął się pan nią interesować? Jaki był pana pierwszy aparat? Ma pan jakiś ulubiony model aparatu? 

Przygoda z fotografią zaczęła się w „zamierzchłych” czasach od prób robienia zdjęć aparatem „DRUH” – średnio to wyszło ale wtedy poczułem to „coś” co nie pozwoliło zapomnieć o fotografii; miałem wtedy może ze 12 lat. Najpierwszym -jeśli tak można napisać- był właśnie wspomniany „DRUH” ale takim pierwszym „prawdziwym” aparatem była „SMIENA”. Nie mam ulubionego modelu jeśli chodzi o tradycyjne – celowo nie używam słowa analogowe, bo mnie to drażni – dlaczego to już zostawmy), a jeśli chodzi o cyfrowe, to ogólnie „CANON”. 

Czym dla pana jest fotografia? 

Hmmm – odskocznią od rzeczywistości, chwilowym wyłączeniem się, realizacją mojego hobby i próbą pokazania tego, czego inni nie widzą (lub nie chcą widzieć). 

Czy nadal pan fotografuje? Jeśli tak, to nadal analogowo, czy cyfrowo? 

Niestety ale sytuacja życiowa zmusiła mnie do tego, że już nie fotografuję w pełnym tego słowa znaczeniu; są to bardziej okazyjne zdjęcia przy okazji „czegoś”. Jeśli już, to obecnie cyfrowo, choć fotografowanie analogowo daje mi satysfakcję z robienia tego. 

W jakiej dziedzinie fotografii pan się najbardziej spełnia/spełniał? 

Krajobrazy (zwłaszcza górskie – kocham góry), kwiaty (rośliny) oraz świat makro. 

Jakie jest pana największe marzenie związane z fotografią? 

Zdobycie pełnoklatkowego „CANONA EOS 1D” wraz z kompletem jasnych obiektywów z serii „L”. 

Czy ma pan swojego ulubionego artystę? (fotografa, malarza, piosenkarza, itd.). 

Nie – tutaj jestem uniwersalny. 

Czym pan się kierował darując mi za darmo tak porządny aparat jakim niewątpliwie jest START 66S? 

Ponieważ wyczułem „podskórnie”, że jesteś porządnym człowiekiem i chciałbyś taki aparat mieć, a poza tym byłem całkowicie przekonany o tym, że trafi on w dobre i odpowiednie ręce, które będą wiedziały co z nim zrobić – jeśli on miałby u mnie marnować się, to lepiej jak u Ciebie pracuje czy po prostu się min cieszysz; trzeba podzielić się z drugim człowiekiem bezinteresownie. 

Na koniec zapytam jeszcze, jak fotografia wpłynęła na pana życie? 

Jakiegoś szczególnego zwrotu w moim życiu nie dokonała, natomiast w obserwowanej rzeczywistości przesuwającej się za oknem (np. siedząc w autobusie), układam sobie w myślach kompozycje do zdjęcia które bym zrobił, mając przy sobie aparat; staram się wydobyć z niej ten element malowniczości czy zaciekawienia oglądającego to hipotetyczne zdjęcie. 

Bardzo serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Ryszce z Tychów za udzielenie wywiadu, a także bardzo dziękuję za tak piękny aparat jaki pan mi podarował.

Światłomierz WERRALUX wyprodukowany przez Weimar Feingerätewerk VEB – na zlecenie Carl Zeiss Jena.

Firma Carl Zeiss została założona w 1846 roku w Niemczech, a dokładniej w mieście Jena przez trzech panów: Carla Zeissa, Ernsta Abbe oraz Otto Schotta. Produktami, które rozsławiły firmę na cały świat są doskonałe optycznie obiektywy. Zakład ten zajmuje się także produkcją lunet, lornetek, mikroskopów, soczewek, i wielu innych produktów związanych z przemysłem optycznym. To właśnie naukowcy spod „stajni” Carla Zeissa – m.in. Paul Rudolph - stworzyli takie klasyczne wzory soczewek jak np. Tessar, Planar, Sonnar czy Biogon. Konstruktorzy tej zacnej niemieckiej marki zajmowali się także produkcją aparatów fotograficznych, co prawda była to mała przygoda – bo były to tylko trzy modele aparatów, ale jakże udane. Pierwszy był Carl Zeiss Palmos w 1902 roku (właśnie w tym roku Carl Zeiss wykupił niezależną firmę Aktiengesellschaft Camerawerk Palmos), drugi aparat, który był bardzo ceniony to słynny Contax I, dalmierz produkowany w 1932 roku (produkowany przez Zeiss Ikon – firmy również należącej do zakładów Carla Zeissa). Trzecim aparacikiem była Werra, która po raz pierwszy na rynku pojawiła się w 1954 roku – jako ciekawostka – Werra była produkowana w 22 różnych wersjach!!! W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych firma Weimar Feingerätewerk VEB zaczęła produkować światłomierze pod szyldem WERRALUX, a wszystko to na zlecenie zakładów Carl Zeiss. Owe światłomierze były właściwie dodatkiem właśnie do aparatów WERRA – zresztą sama nazwa WERRALUX na to wskazuje.

Światłomierz, produkowany na zlecenie Carla Zeissa w Weimarze to dzieło zaprojektowane z myślą o fotografujących WERRĄ – a właściwie jedną z wersji tego aparatu bez wbudowanego światłomierza. Mój egzemplarz światłomierza jest w pięknym oliwkowym kolorze, tak jak moja oliwkowa WERRA. Światłomierze produkowane przez Weimar Feingerätewerk VEB występowały także w kolorach: czarnym i czerwonym (metalowe osłony, oklejone skórą w danym kolorze). Co ciekawe światłomierze z czerwoną osłoną miały kolor kremowy (beżowy). Do mojego oliwkowego światłomierza posiadam skórzany pokrowiec – w kolorze czerwonym – bardzo rzadko spotykany. Sam światłomierz jest wykonany z bakelitu. Natomiast bardzo gustownie została zaprojektowana metalowa, obrotowa osłona – chroniąca nasz „miernik” przed światłem podczas nie używania. Jest to bardzo ważne ponieważ światłomierz jest selenowy – a z upływem czasu (w niekorzystnych warunkach – takich jak, długa ekspozycja na światło selen ulega degradacji). Ten kompaktowy i poręczny przyrząd do mierzenia światła ma następujące wymiary: długość 70 mm – szerokość niespełna 50 mm – grubość 26 mm.

Jeśli chodzi o bardziej techniczną specyfikację WERRALUXa to przedstawia się ona w ten sposób:
– skala czasów naświetlań od 60 sekund do 1/1000 s,
– skala czułości błony od 6 do 33 DIN,
czyli od 3 do 1600 ASA (dzisiejsze ISO),

– skala przysłon od 1.4 do 32,
– skala wartość ekspozycji (EV) od 1 do 18.

W czasach obecnych obsługa światłomierza wskazówkowego może być nie lada wyczynem dla początkujących fotoamatorów. Postaram się w prosty i krótki sposób opisać jak prawidłowo zmierzyć światło i odczytać wartości z miernika. W okienku czułości filmu (DIN, ASA) ustawić żądaną czułość filmu. Następnie skierować selenowy czujnik światłomierza w wybraną przez nas stronę, pokręcić dużym kółkiem na światłomierzu – tak aby czerwona wskazóweczka zgrała się z czarną, która odpowiada za mierzenie światła. Można wierzyć lub nie, ale to już koniec pomiarów – teraz należy poprawnie odczytać wskazania czas naświetlania/przysłona – ustawić wybrany dowolnie przez nas czas i przysłonę w aparacie i możemy wykonywać poprawnie naświetlone fotografie. Niemiecki producent zadbał też o istotny szczegół – wyposażył ten maleńki światłomierz w mleczny dyfuzor do pomiaru pośredniego.

Produkowany na przełomie lat 1950/1960 światłomierz WERRALUX, jest bardzo udaną konstrukcją – tak jak przystało na niemieckie wyroby. Jest bardzo trwały (mocny ebonit i metalowa obudowa), wygodny i tak na prawdę prosty w obsłudze. Minusem jest zastosowany w nim selen, który kiedyś w końcu odmówi posłuszeństwa – mój egzemplarz niestety jest w trakcie „obumierania”.

Jako ciekawostkę, którą znalazłem na pewnym forum fotograficznym dodam, że skala znajdująca się pod czasami naświetlania - 64 – 24 – 16 – 8, to ilość klatek na sekundę, a więc jest to przydatna informacja dla ludzi obsługujących kamery na film.

Kodak 56X INSTAMATIC CAMERA – mały i plastikowy aparat na film 126.

Dzieje aparatów fotograficznych są bardzo ciekawe, a firm produkujących analogowe „maszynki” do robienia zdjęć jest naprawdę mnóstwo. Są firmy bardzo nieznane i niszowe, ale wiele firm to właściwie legendarne koncerny fotograficzne. Jedną z najbardziej cenionych i znanych firm fotograficznych jest marka Eastman Kodak, założona w 1881 roku przez George’a Eastmana i inwestora Henry’ego Stronga. Serce firmy znajduje się w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej w Rochester, w stanie Nowy Jork. Ten ogromny koncern stał się pionierem we wprowadzaniu nowości w świecie fotografii. Kodak od początku istnienia firmy starał się docierać do amatorów i tym samym wprowadził na rynek jako pierwsza na świecie firma – aparat fotograficzny skierowany do amatorskiego użytku. Kolejnym ważnym punktem w dziejach firmy jest produkcja filmów fotograficznych w rolkach 35 mm, a więc popularyzacja standardu fotografii małoobrazkowej. Mimo sukcesu związanego z filmami 35 mm, ogromną popularnością cieszyły się aparaty na film 126, produkowane przez Kodaka od 1963 roku, a potem także aparaty na film 110, które zostały wprowadzone w 1972 roku. Aparaty na te nietypowe filmy zawdzięczały swą popularność niską ceną produktu, prostotą obsługi, a także niewielkimi wymiarami.

Jednym z bardziej popularnych aparacików Kodaka z serii ‚INSTAMATIC’ był Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA. Produkcję tego modelu rozpoczęto we wrześniu 1972 roku i trwała ona aż do 1977 roku. Ciekawostką jest to, że ten aparat był produkowany przez niemiecki oddział firmy (Kodak AG) i brytyjski (Kodak Ltd.) – mój egzemplarz został wyprodukowany w Wielkiej Brytanii.
Seria Kodak ‚INSTAMATIC’ została stworzona z myślą o bardzo słabo zaawansowanych amatorach – obsługa aparatu była banalna – a najtrudniejszym momentem dla fotografującego było chyba tylko włożenie wkładu 126 z filmem do środka aparatu. Żadnych ustawień odległości, żadnych ustawień czasu naświetlania, żadnych ustawień wartości przysłony – pełna automatyka. Po prostu wkładało się kasetkę z filmem, zamykało się tylną klapkę, naciągało się migawkę i można było tylko naciskać spust migawki.

Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA wykonywał zdjęcia w kwadracie 28 x 28mm na kliszy typu 126, która notabene była kliszą małoobrazkową, tyle tylko, że zapakowaną w specjalny plastikowy magazynek, który będzie przedstawiony na zdjęciach pod opisem aparatu.
Funkcje aparatu niestety nie powalają na kolana, ale czego oczekiwać po aparacie dla amatora amatorów? Prędkość migawki jest tylko jedna i wynosi 1/50 sekundy. Obiektyw jest bardzo „ciemny” i ma jasność  f 11, a ogniskowa wynosi 43mm – ostrość jest oczywiście stała, nie możemy jej zmieniać. Wizjer jest bardzo maleńki, tak więc kadrowanie może sprawić troszkę problemów. 

Do aparatu można używać „magicznej kostki”, czyli lampy błyskowej w formie kostki, która została wprowadzona na rynek konsumencki w 1970 roku. „Magiczne kostki” (Magicubes, lub inna nazwa X-Cube) wyglądały niemal identycznie jak flesze w formie kostek, które jednak potrzebowały baterii do uzyskania błysku, przez co Magicubes cieszyły się większą popularnością (Magicubes nie potrzebowały baterii do działania). Dzięki jednej kostce można wykonać cztery zdjęcia z błyskiem, ponieważ kostka błyskowa jest wyposażona w cztery żarówki, które podczas błysku spalają się, dzięki czemu dają efekt błysku – więc jest to produkt jednorazowy.

Budowa aparatu Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA jest bardzo prosta, ale aparacik jest wykonany dość estetycznie. Materiał z jakiego wykonano ten popularny produkt Kodaka to tworzywo sztuczne, które do złudzenia przypomina skórę. Producent postarał się o jakość plastiku, ponieważ aparacik sprawia wrażenie bardzo solidnego maleństwa. 

Seria aparatów kieszonkowych ‚INSTAMATIC’ produkcji Kodaka jest niesamowitą ciekawostką jeśli chodzi o fotografię analogową – sam pomysł wykorzystania magazynków z filmami 126 jest bardzo pionierski, zresztą tak jak przystało na wielką markę jaką niewątpliwie jest Kodak. Myślę, że wprowadzenie na rynek amatorski w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych tak małych i prostych w obsłudze aparatów było dobrym pomysłem, który przyniósł firmie ogromne dochody. Mimo wszystko uważam, że firma Eastman Kodak nie do końca wykorzystała potencjał jaki drzemał w aparatach kieszonkowych, ponieważ aparaty były dostępne głównie na rynku w Wielkiej Brytanii, USA i Niemczech, gdyby rozpowszechniła ten produkt w krajach wschodnich zyski firmy byłyby dwa razy większe. Dlaczego? Aparaty takie jak Kodak 56X ‚INSTAMATIC’ CAMERA były tanie, a jak wiadomo w krajach wschodu w latach 60′ i 70′ brakowało pieniędzy… Mało kogo było stać choćby na niemieckie Praktici.

Osobiście nie wykonywałem zdjęć Kodakiem 56X, z prostej przyczyny – z braku wkładów z kliszą 126 – prawdopodobnie ostatnia firma produkująca takie filmy to włoska FERRANIA, która produkowała te filmy aż do roku 2007. W sieci jest dostępnych wiele filmów wideo, na których jest pokazane jak przerobić kliszę małoobrazkową na film 126, jednak do tego potrzebny jest magazynek od oryginalnego filmu typu 126. 

Moja pasja opisana w dodatku „Pasje” w Gazecie Pomorskiej.

Poniżej artykuł z dodatku „Pasje”, który był dostępny dla prenumeratorów Gazety Pomorskiej. Aby przeczytać w dużej wersji proszę kliknąć na artykuł.

Plebiscyt na człowieka roku „CENTURY 2013″ – zagłosuj na mnie w kategorii „Pasjonat roku 2013″.

Witam serdecznie wszystkich czytelników mojego bloga i miłośników starych aparatów fotograficznych!

Zostałem zgłoszony do plebiscytu „CENTURY 2013″ w kategorii „Pasjonat roku 2013″. Jeśli moja pasja zbierania aparatów i sprzętu fotograficznego przypadła Ci do gustu to bardzo proszę o oddanie na mnie głosu na tej stronie: 
http://www.cku.znin.pl/glos.php
 

w kategorii „Pasjonat roku 2013″ widnieje moje imię i nazwisko, zaznacz: Piotr Koralewski – Żnin i kliknij „oddaj głos”.

Dodam tylko, że każdego dnia można oddać tylko jeden głos – ale głosować można codziennie. Za każdy oddany na mnie głos serdecznie dziękuję!

Pozdrawiam,

Piotr Koralewski. 

ADOX Golf IIIA – aparat małoobrazkowy ze świetnym obiektywem Schneider-Kreuznach.

Aparaty kompaktowe bardzo często są ignorowane, i zamiast nich wielu ludzi wybiera lustrzanki, aby tworzyć wspaniałe fotografie. Czy taki wybór jest do końca słuszny? Moim zdaniem nie. Uzasadnię swoją wypowiedź dzięki produktowi niemieckiej marki ADOX (na początku Fotowerke Dr C. Schleussner GmbH), która została założona już w 1860 roku we Frankfurcie nad Menem. Firma stworzona przez Dr. Carla Schleussnera była pierwszym na świecie producentem materiałów fotograficznych. Chemia, filmy i papiery fotograficzne sprzedawane pod nazwą ADOX były i nadal są bardzo cenione wśród fotografów zajmujących się fotografią tradycyjną.
Od 1930 roku, aż do lat sześćdziesiątych firma produkowała również aparaty fotograficzne, m.in. małoobrazkowe (ADOX 300, ADOX Polomat i in.), średnioformatowe (ADOX Sport, ADOX 66 i in.), na film 127 (Adrette 3×4) i na specjalny film (Juka 3×4).

ADOX Golf IIIA, był jednym z ostatnich aparatów produkowanych przez firmę ADOX. Ten małoobrazkowy aparat był produkowany w latach 1964-1965. Niepozorny wygląd i rozmiary są bardzo mylące, ponieważ jest to aparat wyposażony w doskonały obiektyw niewymienny, firmy Schneider-Kreuznach. Niemiecki producent zastosował w tym modelu popularną centralną migawkę PRONTOR 500 LK, produkowaną przez rodzimą firmę Gauthier. Czasy otwarcia migawki wynoszą odpowiednio: 1/15, 1/30, 1/60, 1/125, 1/250, 1/500 plus oczywiście czas „B”. Obiektyw Radionar L 2.8/45mm jest złożony z trzech grup soczewek, więc jest to popularny tryplet, który rysuje niesamowicie ostre zdjęcia. Przednia soczewka posiada powłokę, bądź powłoki antyrefleksyjne w odcieniach fioletu. Ostrość ustawiamy „na oko”, a odległości w metrach wynoszą od 1m do 10m plus nieskończoność. Przysłonę można płynnie regulować, w zakresie od 2.8 aż do 22, a otwór przysłony jest zbliżony do pełnego okręgu. Na obiektywie jest również pierścień do ustawienia czułości błony filmowej, który możemy ustawić od 10-800 ASA.
ADOX Golf IIIA posiada również samowyzwalacz, usytuowany niemalże na pierścieniu do zmiany czasów otwarcia migawki – trzeba przyznać, że mechanizm ten pracuje niesamowicie cicho.
Dużym zaskoczeniem może być posiadanie przez takie maleństwo światłomierza, oczywiście wykonanego z królującego w tamtym czasie selenu. Wskazania światłomierza są widoczne w wizjerze aparatu i są bardzo proste do odczytania, po prostu gdy wskazówka pokrywa się ze wskazówką „z kółeczkiem” mamy poprawnie naświetlony kadr. Co do wizjera to też możemy się miło zaskoczyć, jest dość jasny i duży – posiada także ramkę, która ułatwia kadrowanie.
Do aparatu możemy podłączyć lampę błyskową poprzez sanki, znajdujące się tradycyjnie na górze aparatu, i za pomocą wężyka do synchronizacji, ponieważ aparat posiada takie gniazdo – umiejscowione na obiektywie.

Trzeba przyznać, że ADOX Golf IIIA posiada nietypowy wygląd, jak i również ciekawe rozwiązania techniczne. Bardzo ciekawie producent usytuował naciąg migawki – znajduje się on na dole, pod spodem aparatu i naciąga się go nie kciukiem prawej ręki, lecz kciukiem lewej ręki. Również pod spodem aparatu znajdują się:  gniazdo statywowe, licznik klatek i korbka, którą zwijamy naświetlony film.

Aparat ADOX Golf IIIA wywarł na mnie ogromne wrażenie – wygląda niepozornie, a drzemie w nim wielka siła przebicia. Spory zasób czasów otwarcia migawki, światłomierz (w moim modelu nadal sprawny), doskonały optycznie obiektyw, sprawiają, że ten mały kompakt, może konkurować z wieloma lustrzankami produkowanymi w latach sześćdziesiątych. Sprzęt wykonany bardzo solidnie, jak przystało na niemiecki produkt – do produkcji aparatu użyto metalu i naprawdę mocnego plastiku. W tym aparacie brakuje mi tylko dalmierza, i śmiem twierdzić, że gdyby go posiadał, to ADOX Golf IIIA byłby znany szerszej publiczności, choć dla mnie to i tak sprzęt z dużym potencjałem