Pałucka Grupa Fotograficzna – tworzymy fotograficzny kolektyw w Żninie!

Pałucka Grupa Fotograficzna

Pałucka Grupa Fotograficzna

Więcej info na stronie: 
http://www.palukitv.pl/teksty/karty-kultury/25051-pgf-w-bibliotece.html

Radioaktywne obiektywy – czy fotoamator może być zagrożony?

Cały Świat – włączając w to każdego człowieka – zbudowany jest z pierwiastków chemicznych. Wszystko oparte jest na chemii, tak było, jest i będzie. Fotografia – analogowa zwłaszcza – to chemia w chemii, ponieważ od filmu światłoczułego zakładanego w aparacie, aż do procesu wywołania i utrwalenia zdjęcia mamy doczynienia z procesami chemicznymi. Jak wszystko to wszystko – obiektywy fotograficzne to również chemia. Jednak niektóre obiektywy – a nawet całkiem spora grupa obiektywów – są wykonane z pierwiastków radioaktywnych.

Mowa tutaj o tlenku toru (Th) oraz o tlenku lantanu (La). Oba pierwiastki były wykorzystywane przy produkcji soczewek – głównie radzieckich i japońskich obiektywów. „Proceder” ten trwał przez około 50 lat – radioaktywne izotopy Toru stosowano w latach 1940 – 1970, a lantan był stosowany do produkcji soczewek nawet do lat dziewięćdziesiątych! Tor jest o wiele bardziej radioaktywny od lantanu (radioaktywność lantanu jest aż 10000 razy mniejsza niż toru). Obiektywy, które zawierają te nieszczęsne pierwiastki posiadam w swojej kolekcji. Głównie są to obiektywy z byłego Związku Radzieckiego (np. Industar I-61 lub Industar I-61 Ł/D – których soczewki są wykonane z domieszką lantanu). Są to bardzo popularne obiektywy, montowane w równie popularnych korpusach – w aparatach marki FED – które są małoobrazkowymi dalmierzowcami. Należy dodać, że lantanu, który był użyty przy produkcji soczewek Industarów jest jak na lekarstwo. Ten pierwiastek występuje w minimalnych ilościach, które absolutnie nie są szkodliwe dla człowieka. Chociaż ciekawi mnie jeden fakt. Informacje o nieszkodliwości lantantu, które można odnaleźć w sieci odnoszą się do faktu posiadania jednego takiego obiektywu – ja jako kolekcjoner posiadam 6 sztuk Industarów – czy w takim razie jestem jakoś zagrożony promieniowaniem radioaktywnym? Myślę, że na pewno takie promieniowanie jest troszkę podwyższone, lecz nadal nieszkodliwe.

W kraju kwitnącej wiśni – a więc w Japonii – także wytwarzano obiektywy z domieszką substancji radioaktywnych. To właśnie japończycy masowo stosowali Tor przy produkcji swoich klasowych i legendarnych obiektywów. Wśród firm, które produkowały soczewki z dodatkiem Toru można wymienić takie znane marki jak: Canon, Asahi Opt. Co. (czyli sławne Takumary dla Pentaxa), Yashica i wiele, wiele innych. W mojej kolekcji posiadam tylko jeden z tych japońskich obiektywów z dodatkiem Toru – jest to Super – Multi – Coated TAKUMAR 1:1.8/55, produkowany przez japońskie przedsiębiorstwo Asahi Opt. Co. w Tokio. Obiektyw ten jest bardzo jasny, daje piękne kontrastowe fotografie oraz „powala na łopatki” wiele obiektywów niesamowicie ostrymi zdjęciami. Ja osobiście używałem tego obiektywu do makrofotografii, poprzez odpowiednie tuleje i przejściówkę podpiąłem go do mojego cyfrowego Nikona. Zdjęcia, które wykonałem tym zestawem są wydane w specjalnym albumie wydanym przez Starostwo Powiatowe w Żninie.

Według strony: 
http://if.pw.edu.pl/~sala/papers/Obiektywy.pdf
mój TAKUMAR jest promieniotwórczy, a moc dawki radioaktywności wynosi 3500 nSv/h, a więc całkiem sporo, choć do rekordzistów jest mu jeszcze daleko. W sieci odnalazłem informacje o bardzo jasnym szkle ze stajni Canona – Canon 1.2/55 promieniuje mocą 17000 nSv/h!!! Drugie z kolei miejsce zajmuje obiektyw znakomitej firmy Fuji – Fujinon 1.4/50, którego promieniowanie wynosi 12000 nSv/h!

No dobrze, a zastanawialiście się dlaczego właściwie producenci obiektywów produkowali swoje soczewki z dodatkiem promieniotwórczych pierwiastków? Odpowiedź jest po prostu banalna – lantan i tor, dodawane masowo do składu soczewek miały poprawić właściwości optyczne radzieckich i japońskich obiektywów. I rzeczywiście obie nacje stworzyły bardzo dużo znakomitych optycznie „szkieł” dzięki tym izotopom. Wiele z nich do dnia dzisiejszego ma miano wręcz kultowych – np. SMC Takumar o światłosile 1.4 przy ogniskowej 50 mm - mimo swojej sporej radioaktywności (10000 nSv/h) jest bardzo cenionym i poszukiwanym szkłem przez fotoamatorów, a nawet profesjonaliści z powodzeniem używają tego obiektywu do pracy twórczej.

Konstruktorzy obiektywów stosowali soczewki z lantanem i torem aby zminimalizować abberację chromatyczną, która wyróżnia się kolorowym obramowaniem konturów obrazu widzianego na zdjęciu oraz pogorszeniem ostrości. Coś musi być na rzeczy – ponieważ zdjęcia wykonane przy użyciu obiektywów rzekomo promieniotwórczych bardzo często są bardzo ostre, dobrze nasycone kolorami, a przy tym bardzo kontrastowe. Mimo, że miałem doczynienia tylko z kilkoma wyżej opisanymi obiektywami z domieszką lantanu i toru to muszę potwierdzić doskonałą jakość zdjęć, które wykonałem przy pomocy tych obiektywów. Industarami wykonałem kilka dobrych rodzinnych zdjęć, a Takumarem wykonałem przepięknie nasycone fotografie makro – kolory przyrody wykonane tym japońskim szkłem bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły.

Wadą niemalże wszystkich radioaktywnych obiektywów jest żółknięcie soczewek (właściwie to klej łączący soczewki żółknie pod wpływem promieniowania), ale moim zdaniem nie wpływa to istotnie na jakość zdjęć. Jeśli jednak komuś przeszkadza żółtawo – brązowy kolor soczewek to jest na to recepta. Prawdopodobnie promieniowanie UV pozwala usunąć objawy żółknięcia szkieł. Proces „naświetlania” soczewki obiektywu jest jednak długotrwały (około 2 tygodnie). Można wystawić obiektyw na ostre Słońce, bądź naświetlać go lampą UV. Ja jednak nie jestem zwolennikiem tego typu praktyk. Myślę, że takie promieniowanie UV może bardziej zaszkodzić naszemu obiektywowi niż mu pomóc. Mój TAKUMAR i Industary posiadają lekko pożółknięte soczewki, ale nigdy nie odważyłbym się wystawiać ich na silne Słońce – tym bardziej, że fotografie, które wykonuję tymi szkłami są bardzo dobre i zażółcenie soczewek kompletnie nie wpływa na jakość zdjęć.

Przypuszczam, że na pytanie z tytułu tego wpisu każdy odpowie sobie indywidualnie. Ja jednak nie zamierzam panikować z powodu posiadania i używania szkieł z domieszką takich substancji jak lantan, czy jeszcze bardzej szkodliwy tor. Ilości w jakich występują owe pierwiastki w składzie soczewek są znikome, a promieniowanie, które emitują mimo, że dość silne to jednak nadal bezpieczne dla człowieka. Przez tyle lat wielu ludzi stosowało, a nawet po dziś dzień używa wiele tych „szkodliwych” szkieł i mają się dobrze – przynajmniej ja nigdy nie słyszałem, aby ktoś miał jakieś objawy chorobotwórcze spowodowane używaniem obiektywów z lantanem i torem. Posiadacze Takumarów, Industarów, ale i innych cenionych szkieł mogą spać spokojnie, a więc życzę samych udanych kadrów wykonanych tymi i innymi obiektywami.

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

Aparaty i radioaktywne obiektywy

FED 5B i radioaktywny Industar I-61 Ł/D

FED 5B i radioaktywny Industar I-61 Ł/D

Pentax Spotmatic i radioaktywny SMC Takumar 1.8/55

Pentax Spotmatic i radioaktywny SMC Takumar 1.8/55

SMC Takumar 1.8/55 (posiada soczewki z domieszką Toru)

SMC Takumar 1.8/55 (posiada soczewki z domieszką Toru)

Industar I-61 Ł/D (soczewki z domieszką lantanu) i SMC Takumar 1.8/55 (soczewki z domieszką toru)

Industar I-61 Ł/D (soczewki z domieszką lantanu) i SMC Takumar 1.8/55 (soczewki z domieszką toru)

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

Industar i Takumar

SMC Takumar 1.8/55

SMC Takumar 1.8/55

Industar I-61 2.8/55

Industar I-61 2.8/55

Zdjęcie (mojego autorstwa) wykonane za pomocą cyfrowego aparatu NIKON D3100 + tuleleje + SMC Takumar 1.8/55

Zdjęcie (mojego autorstwa) wykonane za pomocą cyfrowego aparatu NIKON D3100 + tuleleje + SMC Takumar 1.8/55

Vredeborch N-BOX – skrzynkowy aparat fotograficzny mało znanej niemieckiej firmy z miasta Nordenham…

Świat fotografii, czyli różnego typu aparaty, różnego rodzaju firmy to temat na bardzo, bardzo grubą książkę, a raczej na wielotomowe wydawnictwo. Do napisania dzisiejszego wpisu skłonił mnie spis moich aparatów, który powoli tworzę w wolnych chwilach (m.in. spisuję numery seryjne body oraz obiektywów). Ostatnim aparatem jaki zindeksowałem był aparat firmy Vredeborch, która została założona w 1945 roku w niemieckim mieście Nordenham, które położone jest na wybrzeżu Morza Północnego. Mówiąc szczerze firma była dla mnie kompletnie anonimowa i właśnie to sprawiło, że zaciekawiłem się jej historią. Fabryka niestety działała stosunkowo krótko – aparaty przestała produkować w 1970 roku, ale co ciekawe upadłość firmy została ogłoszona dopiero szesnaście lat później, bo w 1986 roku. Od początku do końca działalności firma Vredeborch produkowała aparaty skrzynkowe (od 1953 roku produkowała różne aparaty jako podwykonawca, np. dla firmy Neckermann). Ciekawostką jest, że nazwa firmy pochodzi od zamku Vredeborch, który został wzniesiony na początku XV wieku (różne źródła podają, że było to w roku 1404, bądź w roku 1407).

W roku 1955, w fabryce firmy Vredeborch został wyprodukowany aparat Vredeborch N-BOX.  „N” w nazwie oznacza, że został on stworzony dla firmy wysyłkowej NeckermannN-Box to średnioformatowy aparat na błonę zwojową 120, wykonujący zdjęcia w formacie 6×9 (możliwość wykonania 8 zdjęć na jednej kliszy). Jest prostym aparatem skrzynkowym, jednakże wykonanym bardzo estetycznie, z eleganckim frontem. Obrotowa migawka tylko z jednym możliwym czasem naświetlania 1/30 sek. zamontowana w tym modelu sprawia wrażenie niezniszczalnej. Oczywiście producent wyposażył tego BOXa także w czas „B”, czyli „bulb”.

Obiektywem tego sprzętu jest standardowy menisk o ogniskowej 110mm, który posiada dwie wartości przysłony 11 oraz 16. Nie ma mowy o ustawianiu ostrości – ponieważ ma ona stałą wartość – jest niezmienna. Bardzo ciekawym patentem popisał się niemiecki producent, a mianowicie ten niepozorny aparacik został wyposażony we wbudowany żółty filtr – tak bardzo przydatny w fotografii plenerowej, głównie dzięki wzmacnianiu kontrastu zdjęć! Filtr ten możemy zacząć używać po przekręceniu pokrętła w prawą stronę, które znajduje się w literce „O”, na froncie aparatu w napisie „BOX”.

Vredeborch N-BOX był produkowany w dwóch wersjach – z gorącą stopką oraz identyczny aparat bez gorącej stopki. Mam to szczęście i posiadam tę bogatszą wersję, a więc mam możliwość podłączenia lampy błyskowej po zamontowaniu jej na gorącej stopce i podłączeniu do gniazda za pomocą kabelka.

Kadrowanie w N-BOXie jak to zresztą bywa w aparatach skrzynkowych jest nieco uciążliwe, ponieważ trzeba korzystać z powiedzmy sobie szczerze bardzo maleńkich „wizjerów” (2 okienka – jedno na górze aparatu, a drugie na bocznej ścianie, obok pokrętła do przesuwania kolejnych klatek błony światłoczułej).

Kwestie techniczną mamy za sobą, teraz kwestia wizualna i estetyczna. Niemiecki producent z nadmorskiego miasteczka stworzył całkiem ładne „pudełeczko” do robienia zdjęć. Aparat został wykonany z metalu, i oklejony okleiną, która całkiem dobrze imituje prawdziwą skórę. Dodając do tego niklowane elementy takie jak pokrętło przesuwu filmu lub gorąca stopka można śmiało nazwać ten aparat eleganckim. Elegancja ma swoje źródło również w prostocie, ponieważ firma Vredeborch postawiła na klasykę, czyli na aparat bez zbędnych „udziwnień”.

Szczerze powiedziawszy korci mnie aby kiedyś w przyszłości użyć tego aparatu bo mój egzemplarz jest w 100% sprawny technicznie oraz jest praktycznie jak nowy – bez żadnych śladów korozji. Vredeborch N-BOX to pozycja dla miłośników plastycznych kadrów, bo tak prostym obiektywem w jaki jest wyposażony ten box po prostu niemożliwe jest wykonanie fotografii ostrej jak żyleta. Plastyczne zdjęcia posiadają swój urok, a przy odpowiednich umiejętnościach i oczywiście przy odrobinie szczęścia można stworzyć zdjęcie, które do złudzenia będzie przypominać obraz. Tak więc kupujcie BOXy i twórzcie prawdziwe dzieła sztuki…

Na sam koniec przypomniało mi się, że firma Vredeborch posiada bardzo ciekawe logo, które możecie zobaczyć wraz ze zdjęciami aparatu, które są mojego autorstwa.

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

 

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Vredeborch N-BOX

Logo Vredeborch

Logo Vredeborch (logo zapożyczone ze strony www.collectiblend.com)

SUNPAK AUTO 28 – lampa błyskowa Japońskiej firmy z długoletnią tradycją… Folder reklamowy firmy SUNPAK!

Powszechnie wiadomo, że Japonia to kraj innowacyjnych technologii, głównie związanych z przemysłem urządzeń elektronicznych – a co za tym idzie powiązanych także z fotografią. Firmy z kraju kwitnącej wiśni, które zna każdy – nawet laik – to np. Canon, Nikon czy Pentax. Oprócz takich gigantów są również korporacje mniej znane, które jednak niczym nie ustępują konkurencji, a nawet powoli wychodzą z cienia i zdobywają coraz to większą popularność. Jedną z takich marek jest firma SUNPAK, która znana jest z produkcji lamp błyskowych (m.in. manualnych, automatycznych i tyrystorowych). Firma SUNPAK powstała w 1963 roku w Saitamie, w Japonii, a pierwszą wyprodukowaną lampą błyskową był model „SUNPAK 7″ (informacje ze strony producenta). W chwili obecnej firma ta jest liczącym się w stawce producentem zewnętrznych lamp błyskowych do aparatów cyfrowych, a więc firma się rozwija – a to dzięki ponad 50-letniemu doświadczeniu.

Jednak zanim nastała era cyfrowej fotografii – SUNPAK - produkował lampy błyskowe do analogowych aparatów fotograficznych. Sprzęt tej Japońskiej firmy był bardzo popularny w latach siedemdziesiątych, a także i w latach późniejszych – to za sprawą niskich cen ale także dzięki wysokiej jakości produktów. Na początku lat siedemdziesiątych na rynku pojawiła się lampa błyskowa SUNPAK AUTO 28, która miała trzy poprzedniczki: AUTO 14, AUTO 20 i AUTO 24, oraz jedną następczynię: AUTO 33. Oczywiście liczba przy przedrostku AUTO była to liczba przewodnia danej lampy, przy czułości błony 100 ASA. Wiemy więc, że lampa, którą dzisiaj przedstawiam posiada LP 28 – a więc całkiem mocno błyska jak na lampę przeznaczoną dla amatorów fotografii.

Podstawowe dane techniczne lampy SUNPAK AUTO 28:

  • Minimalny czas błysku: 1/50000 sek.
  • Maksymalny czas błysku: 1/1500 sek.
  • Pokrycie (poziomo/pionowo): 45×60°.
  • Temperatura barwowa: 5500°K.
  • Baterie lub akumulatorki potrzebne do działania lampy to popularne „paluszki” w rozmiarze „AA” – ilość: 4.
  • Można używać akumulatorów NiCd (niklowo – kadmowe) – wtedy możemy wykonać około 90 błyskówa optymalny czas ładowania lampy wynosi 5 sekund.
  • Przy bateriach alkaicznych (jednorazowych) lampa może wykonać 180 błysków – a optymalny czas ładowania lampy wynosi 10 sekund.
  • Wymiary lampy (wyrażone w mm): 36x92x85.
  • Waga lampy: 212 gram bez baterii (błędnie podana waga we francuskim folderze reklamowym – 190 gram).

Podsumowując lampę błyskową SUNPAK AUTO 28, a więc produkt „Made in Japan” muszę przyznać, że w latach siedemdziesiątych bardzo duży nacisk kładziono na solidność i wytrzymałość. Lampa jest bardzo dobrze wykonana – nie ma mowy o trzaskających plastikach obudowy – wszystko jest idealnie spasowane. Firma SUNPAK od początku swego działania wyznaczała coraz to nowsze trendy w świecie elektronicznych lamp błyskowych. W modelu AUTO 28 są dwie ciekawostki – mimo, że nie są związane bezośrednio z elektroniką to na pewno są innowacyjne – chodzi mi o możliwość pochylenia lampy o 90° w lewo, bądź w prawo oraz o sprytnie schowany w lampę przewodzik, który służy do podłączania lampy z aparatem wyposażonym w specjalne gniazdo. Poniżej prezentuję zdjęcia przedstawiającą lampę, Francuski folder reklamowy z wieloma modelami lamp błyskowych firmy SUNPAK (w tym model AUTO 28), oraz skany tego folderu.

SUNPAK AUTO 28 + folder reklamowy

SUNPAK AUTO 28 + folder reklamowy

SUNPAK AUTO 28

SUNPAK AUTO 28

SUNPAK AUTO 28 ZBLIŻENIE NA PALNIK

SUNPAK AUTO 28 ZBLIŻENIE NA PALNIK

SUNPAK AUTO 28 LEWY PROFIL LAMPY

SUNPAK AUTO 28 LEWY PROFIL LAMPY

SUNPAK AUTO 28 PRAWY PROFIL LAMPY

SUNPAK AUTO 28 PRAWY PROFIL LAMPY

SUNPAK AUTO 28 - ZBLIŻENIE NA POKRĘTŁO KALKULATORA

SUNPAK AUTO 28 – ZBLIŻENIE NA POKRĘTŁO KALKULATORA

SUNPAK AUTO 28 POCHYLONA NA LEWO

SUNPAK AUTO 28 POCHYLONA NA LEWO

SUNPAK AUTO 28 POCHYLONA NA PRAWO

SUNPAK AUTO 28 POCHYLONA NA PRAWO

SUNPAK AUTO 28 - TYŁ LAMPY

SUNPAK AUTO 28 – TYŁ LAMPY

SUNPAK AUTO 28 - KOMORA BATERII

SUNPAK AUTO 28 – KOMORA BATERII

SUNPAK AUTO 28 - lampa błyskowa

SUNPAK AUTO 28 – lampa błyskowa

Folder reklamowy SUNPAK (większa rozdzielczość po kliknięciu w obrazek)

Folder reklamowy SUNPAK (większa rozdzielczość po kliknięciu w obrazek)

Folder reklamowy SUNPAK - przegląd lamp błyskowych (duża rozdzielczość po kliknięciu w obrazek)

Folder reklamowy SUNPAK – przegląd lamp błyskowych (duża rozdzielczość po kliknięciu w obrazek)

Pierwsza moja wystawa starych aparatów na jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

Pierwsze koty za płoty. 21 września podczas 39 edycji „Jesieni na Pałukach”, czyli na jarmarku sztuki ludowej, który odbywa się w moim rodzinnym Żninie po raz pierwszy zaprezentowałem część mojej kolekcji starych aparatów fotograficznych. Prócz aparatów pokazałem również kilka światłomierzy oraz prasę i literaturę o tematyce fotograficznej. Zainteresowanie moim stoiskiem było bardzo duże, co było dla mnie miłą niespodzianką. Wielu ludzi przypominało sobie stare czasy, gdy robili zdjęcia na kliszy. Prócz zwykłych zjadaczy chleba moje stoisko odwiedzili ludzie bardzo związani z fotografią – np. Żniniak wykonujący zawód fotografa. Jednak największym zaskoczeniem było dla mnie spotkanie starszego Pana, który pochodził z Wrocławia – jednakże wykłada on nauki związane z fotografią na uczelni w Tel Awiwie, w Izraelu. Jego wiedza była olbrzymia, a historie, które usłyszałem z jego ust zapadną mi w pamięci do końca życia. Voigtlanderem VAG, który posiadam w swej kolekcji owy nieznajomy z Wrocławia wykonuje zdjęcia do dnia dzisiejszego i bardzo chwali sobie jakość obiektywów montowanych w tym modelu aparatu.

Bardzo dziękuję każdemu, kto nie przeszedł obojętnie obok mojej wystawy – włożyłem wiele serca w przygotowania związane z tą wystawą. Na wystawie towarzyszył mi Pan Zdzisław z Bydgoszczy, który jest darczyńcą wielu aparatów z mojej kolekcji. Poniżej prezentuję zdjęcie na którym widać mnie, Pana Zdzisława oraz moje stoisko w całej okazałości.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku "Jesień na Pałukach" w Żninie.

Wystawa starych aparatów podczas jarmarku „Jesień na Pałukach” w Żninie.

39. Jesień na Pałukach – Żnin. Część mojej kolekcji aparatów będzie można zobaczyć 21 września!

Pałuki to piękny i jeszcze nie do końca odkryty region Polski. W tym regionie folklor ludowy ma szczególne znaczenie dla mieszkańców Żnina i okolic, a to za sprawą wielu rzeźbiarzy i hafciarek ludowych. Nic więc dziwnego, że w Żninie co roku odbywa się „Jesień na Pałukach” – jarmark sztuki ludowej i przegląd kapel i gawędziarzy ludowych. Jest to najstarsza i największa tego typu impreza w Polsce Północnej! Ilość uczestników wystawiających swoje rękodzieła waha się od stu kilkunastu do stu kiludziesięciu! Podczas tegorocznej 39. „Jesieni na Pałukach” będzie można zobaczyć część mojej kolekcji aparatów fotograficznych – z których co najmniej dwa mają ponad sto lat. Serdecznie zapraszam do odwiedzin mojego stoiska 21 września (niedziela) od godziny 9:00, które będzie stać na ul. Śniadeckich w Żninie – obok Banku Millenium. Poniżej plakat, który zapożyczyłem ze strony Żnińskiego Domu Kultury: http://www.zninskidomkultury.pl/.

39. Jesień na Pałukach

39. Jesień na Pałukach

Aparat Kodak DUAFLEX z obiektywem KODET 75mm/f15 – cacko produkowane w połowie XX wieku!

Dzisiaj chciałbym przedstawić kolejny z aparatów przeznaczonych dla amatorów fotografii żyjących w połowie XX wieku. Z dniem powstania pierwszego aparatu fotograficznego zainteresowanie fotografowaniem przejawiali nie tylko przedstawiciele burżuazji, ale i zwykli, przeciętni ludzie pracujący w fabrykach. Z myślą o mniej zamożnym kliencie powstał między innymi aparat Kodak DUAFLEX, który w połowie XX wieku kosztował jedyne 17 dolarów i 25 centów! Tak, tak – dobrze widzicie – ponad sześćdziesiąt lat temu aparat „małpka” dla przeciętnego obywatela kosztował niecałe 20 dolarów! Czyż to nie był piękny czas dla rozwoju fotografii?

Kodak DUAFLEX był produkowany w latach 1947-1950 przez znaną i cenioną przez każdego człowieka na ziemi firmę EASTMAN KODAK COMPANY w Rochester w Stanach Zjednoczonych. Jako ciekawostkę muszę dodać, iż spotkałem się również z tym samym modelem aparatu produkowanym przez CANADIAN KODAK COMPANY LTD. w Toronto w Kanadzie, ale to nie koniec ciekawostek – był też Kodak DUAFLEX również w pierwszej wersji, lecz produkowany w Anglii (KODAK LIMITED LONDON).
Modeli Kodaka DUAFLEXA były aż cztery – mój to pierwsza wersja tego aparatu – prócz tego były jeszcze wersje DUAFLEX II (1950-1954), DUAFLEX III (1954-1957) i DUAFLEX IV (1955-1960).

Technicznie Kodak DUAFLEX jest raczej kopciuszkiem wśród aparatów fotograficznych i wygląda bardzo blado wśród konkurencji. Czas otwarcia migawki po ustawieniu „suwaka” znajdującego się po prawej stronie aparatu na pozycję „I” wynosi 1/30 sekundy – ale jeszcze prócz tego mamy możliwość ustawienia czasu „B”. Aparat, tak jak nazwa wskazuje (przedrostek „dua”) posiada dwa obiektywy – tradycyjnie ten górny służy do kadrowania, a dolny odpowiada za wykonywanie zdjęć. Przysłona w obiektywie KODET o ogniskowej 75 mm ma wartość 15 i jest stała – nie możemy jej znienić – co sprawia, że aparatem można fotografować głównie na dworze i to w dodatku w mało pochmurne dni. Podobnie sprawa wygląda z ostrością – ostrość jest stała – w żaden sposób nie możemy ingerować w ustawienia ostrości (mimo wszystko zdjęcia wykonane tym aparatem, które poszukałem w sieci wyglądają bardzo dobrze – kontrast jest bardzo dobry, a ostrość przyzwoita).
Kolejną ciekawostką jest sprawa flesza – poszperałem trochę w sieci i doszukałem się informacji, że do Kodaka DUAFLEXA można podłączyć lampę błyskową Kodaline poprzez specjalny uchwyt. Ciekawa jest także szklana „lupa” – wizjer – który jest bardzo duży co sprawia, że kadrowanie jest całkiem łatwe nawet dla laika. Aparaty z serii DUAFLEX musiały być wyposażone w film 620, na którym można było wykonać 12 kwadratowych zdjęć w formacie: 2,5 x 2,5 cala. Od 1990 roku Kodak zaprzestał produkcji tych filmów, podobnie inne firmy. Na szczęście posiadając szpulki od filmu 620, można pewnym sposobem nawinąć film średnioformatowy 120 i cieszyć się w pełni aparatem tym aparatem.

Konstrukcyjnie aparat został solidnie zbutowany mimo, że głównym materiałem z którego jest zrobiony jest bakelit (wiele elementów obudowy to stop aluminium).

Kodak DUAFLEX zapewne w dzisiejszych czasach jest używany tylko i wyłącznie przez maniaków fotografii analogowej, ale raczej tylko w celach testowych. Niewątpliwie w długiej historii firmy EASTMAN KODAK były aparaty o wiele bardziej zaawansowane, lecz wielkim plusem serii DUAFLEX była cena – były to jedne z tańszych aparatów z listy wyprodukowanych przez KODAKA (oczywiście były i takie za niecałe 5$ :)).

P.S. Aparacik ten pochodzi z „tajemniczej” walizki od Pana Zdzisława z Bydgoszczy. Serdecznie Panu dziękuję za podarowanie tylu ciekawych aparatów i innego sprzętu fotograficznego.

Kolekcja mocno się rozrasta. Tajemnicza walizka, a w środku… :)

Witam serdecznie po dość długiej przerwie – lato sprawia, że mniej siedzę przy komputerze, a więcej przebywam na łonie natury. Nie oznacza to jednak, że moja kolekcja stoi w miejscu. Wzbogaciłem się ostatnio o wiele różnorakiego sprzętu (aparaty, światłomierze, lampy błyskowe itd.) oraz o duże ilości prasy i literatury o tematyce fotograficznej. Głównym darczyńcą jest dawny znany Bydgoski fotoreporter – pan Zdzisław. Poniżej prezentuję 1/2 tego co otrzymałem od tego pana. Będzie o czym pisać i czym się pochwalić, a tymczasem uciekam sprzed komputera ale zapraszam wkrótce bo na pewno co nieco opiszę i przedstawię Wam drodzy czytelnicy. :)

Wywiad z panem Krzysztofem z Tychów – ofiarodawcą średnioformatowego aparatu START 66 S.

Dzisiaj nieco inny wpis. Postanowiłem przeprowadzić wywiad z człowiekiem, który podarował mi polski średnioformatowy aparat produkcji PZO (Polskie Zakłady Optyczne). Start 66 S jest prezentem od pana Krzysztofa z Tychów. Wkrótce opiszę dokładnie ten egzemplarz, a poniżej przedstawiam wywiad z osobą niezwykle sympatyczną i otwartą na innych ludzi. Serdecznie dziękuję panie Krzyśku za ten prezent. 

Dzień dobry panie Krzysztofie, na wstępie może krótko się pan przedstawi? Kim pan jest? Czym pan się zajmuje? 

Mam 40 lat, mieszkam w Tychach, pracuję na kopalni „Ziemowit” jako ślusarz-mechanik sprzętu spawalniczego, z wykształcenia jestem mgr inż. górniczym. 

Jak zaczęła się pana przygoda z fotografią? W jakim wieku zaczął się pan nią interesować? Jaki był pana pierwszy aparat? Ma pan jakiś ulubiony model aparatu? 

Przygoda z fotografią zaczęła się w „zamierzchłych” czasach od prób robienia zdjęć aparatem „DRUH” – średnio to wyszło ale wtedy poczułem to „coś” co nie pozwoliło zapomnieć o fotografii; miałem wtedy może ze 12 lat. Najpierwszym -jeśli tak można napisać- był właśnie wspomniany „DRUH” ale takim pierwszym „prawdziwym” aparatem była „SMIENA”. Nie mam ulubionego modelu jeśli chodzi o tradycyjne – celowo nie używam słowa analogowe, bo mnie to drażni – dlaczego to już zostawmy), a jeśli chodzi o cyfrowe, to ogólnie „CANON”. 

Czym dla pana jest fotografia? 

Hmmm – odskocznią od rzeczywistości, chwilowym wyłączeniem się, realizacją mojego hobby i próbą pokazania tego, czego inni nie widzą (lub nie chcą widzieć). 

Czy nadal pan fotografuje? Jeśli tak, to nadal analogowo, czy cyfrowo? 

Niestety ale sytuacja życiowa zmusiła mnie do tego, że już nie fotografuję w pełnym tego słowa znaczeniu; są to bardziej okazyjne zdjęcia przy okazji „czegoś”. Jeśli już, to obecnie cyfrowo, choć fotografowanie analogowo daje mi satysfakcję z robienia tego. 

W jakiej dziedzinie fotografii pan się najbardziej spełnia/spełniał? 

Krajobrazy (zwłaszcza górskie – kocham góry), kwiaty (rośliny) oraz świat makro. 

Jakie jest pana największe marzenie związane z fotografią? 

Zdobycie pełnoklatkowego „CANONA EOS 1D” wraz z kompletem jasnych obiektywów z serii „L”. 

Czy ma pan swojego ulubionego artystę? (fotografa, malarza, piosenkarza, itd.). 

Nie – tutaj jestem uniwersalny. 

Czym pan się kierował darując mi za darmo tak porządny aparat jakim niewątpliwie jest START 66S? 

Ponieważ wyczułem „podskórnie”, że jesteś porządnym człowiekiem i chciałbyś taki aparat mieć, a poza tym byłem całkowicie przekonany o tym, że trafi on w dobre i odpowiednie ręce, które będą wiedziały co z nim zrobić – jeśli on miałby u mnie marnować się, to lepiej jak u Ciebie pracuje czy po prostu się min cieszysz; trzeba podzielić się z drugim człowiekiem bezinteresownie. 

Na koniec zapytam jeszcze, jak fotografia wpłynęła na pana życie? 

Jakiegoś szczególnego zwrotu w moim życiu nie dokonała, natomiast w obserwowanej rzeczywistości przesuwającej się za oknem (np. siedząc w autobusie), układam sobie w myślach kompozycje do zdjęcia które bym zrobił, mając przy sobie aparat; staram się wydobyć z niej ten element malowniczości czy zaciekawienia oglądającego to hipotetyczne zdjęcie. 

Bardzo serdecznie dziękuję panu Krzysztofowi Ryszce z Tychów za udzielenie wywiadu, a także bardzo dziękuję za tak piękny aparat jaki pan mi podarował.

Światłomierz WERRALUX wyprodukowany przez Weimar Feingerätewerk VEB – na zlecenie Carl Zeiss Jena.

Firma Carl Zeiss została założona w 1846 roku w Niemczech, a dokładniej w mieście Jena przez trzech panów: Carla Zeissa, Ernsta Abbe oraz Otto Schotta. Produktami, które rozsławiły firmę na cały świat są doskonałe optycznie obiektywy. Zakład ten zajmuje się także produkcją lunet, lornetek, mikroskopów, soczewek, i wielu innych produktów związanych z przemysłem optycznym. To właśnie naukowcy spod „stajni” Carla Zeissa – m.in. Paul Rudolph - stworzyli takie klasyczne wzory soczewek jak np. Tessar, Planar, Sonnar czy Biogon. Konstruktorzy tej zacnej niemieckiej marki zajmowali się także produkcją aparatów fotograficznych, co prawda była to mała przygoda – bo były to tylko trzy modele aparatów, ale jakże udane. Pierwszy był Carl Zeiss Palmos w 1902 roku (właśnie w tym roku Carl Zeiss wykupił niezależną firmę Aktiengesellschaft Camerawerk Palmos), drugi aparat, który był bardzo ceniony to słynny Contax I, dalmierz produkowany w 1932 roku (produkowany przez Zeiss Ikon – firmy również należącej do zakładów Carla Zeissa). Trzecim aparacikiem była Werra, która po raz pierwszy na rynku pojawiła się w 1954 roku – jako ciekawostka – Werra była produkowana w 22 różnych wersjach!!! W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych firma Weimar Feingerätewerk VEB zaczęła produkować światłomierze pod szyldem WERRALUX, a wszystko to na zlecenie zakładów Carl Zeiss. Owe światłomierze były właściwie dodatkiem właśnie do aparatów WERRA – zresztą sama nazwa WERRALUX na to wskazuje.

Światłomierz, produkowany na zlecenie Carla Zeissa w Weimarze to dzieło zaprojektowane z myślą o fotografujących WERRĄ – a właściwie jedną z wersji tego aparatu bez wbudowanego światłomierza. Mój egzemplarz światłomierza jest w pięknym oliwkowym kolorze, tak jak moja oliwkowa WERRA. Światłomierze produkowane przez Weimar Feingerätewerk VEB występowały także w kolorach: czarnym i czerwonym (metalowe osłony, oklejone skórą w danym kolorze). Co ciekawe światłomierze z czerwoną osłoną miały kolor kremowy (beżowy). Do mojego oliwkowego światłomierza posiadam skórzany pokrowiec – w kolorze czerwonym – bardzo rzadko spotykany. Sam światłomierz jest wykonany z bakelitu. Natomiast bardzo gustownie została zaprojektowana metalowa, obrotowa osłona – chroniąca nasz „miernik” przed światłem podczas nie używania. Jest to bardzo ważne ponieważ światłomierz jest selenowy – a z upływem czasu (w niekorzystnych warunkach – takich jak, długa ekspozycja na światło selen ulega degradacji). Ten kompaktowy i poręczny przyrząd do mierzenia światła ma następujące wymiary: długość 70 mm – szerokość niespełna 50 mm – grubość 26 mm.

Jeśli chodzi o bardziej techniczną specyfikację WERRALUXa to przedstawia się ona w ten sposób:
– skala czasów naświetlań od 60 sekund do 1/1000 s,
– skala czułości błony od 6 do 33 DIN,
czyli od 3 do 1600 ASA (dzisiejsze ISO),

– skala przysłon od 1.4 do 32,
– skala wartość ekspozycji (EV) od 1 do 18.

W czasach obecnych obsługa światłomierza wskazówkowego może być nie lada wyczynem dla początkujących fotoamatorów. Postaram się w prosty i krótki sposób opisać jak prawidłowo zmierzyć światło i odczytać wartości z miernika. W okienku czułości filmu (DIN, ASA) ustawić żądaną czułość filmu. Następnie skierować selenowy czujnik światłomierza w wybraną przez nas stronę, pokręcić dużym kółkiem na światłomierzu – tak aby czerwona wskazóweczka zgrała się z czarną, która odpowiada za mierzenie światła. Można wierzyć lub nie, ale to już koniec pomiarów – teraz należy poprawnie odczytać wskazania czas naświetlania/przysłona – ustawić wybrany dowolnie przez nas czas i przysłonę w aparacie i możemy wykonywać poprawnie naświetlone fotografie. Niemiecki producent zadbał też o istotny szczegół – wyposażył ten maleńki światłomierz w mleczny dyfuzor do pomiaru pośredniego.

Produkowany na przełomie lat 1950/1960 światłomierz WERRALUX, jest bardzo udaną konstrukcją – tak jak przystało na niemieckie wyroby. Jest bardzo trwały (mocny ebonit i metalowa obudowa), wygodny i tak na prawdę prosty w obsłudze. Minusem jest zastosowany w nim selen, który kiedyś w końcu odmówi posłuszeństwa – mój egzemplarz niestety jest w trakcie „obumierania”.

Jako ciekawostkę, którą znalazłem na pewnym forum fotograficznym dodam, że skala znajdująca się pod czasami naświetlania - 64 – 24 – 16 – 8, to ilość klatek na sekundę, a więc jest to przydatna informacja dla ludzi obsługujących kamery na film.